Złoty Lotos

Zanim zapłoną nasze biblioteki

ZŁOTY LOTOS MOŻE WYROSNĄĆ NAWET WŚRÓD NAJDZIKSZYCH PŁOMIENI
(Słowa z Bhagavadgity, które Ted Hughes polecił wyryć na kamieniu nagrobnym Sylvii Plath)

_images_Rhododendron_luteum_wiki1Żółty różanecznik

Poeci, którzy za sztukę płacą życiem –czy to dosłownie, czy to w przenośni– wzruszają mnie szczególnie. Bo ich paląca wewnętrzna prawda, w połączeniu z odpowiednim dla każdego z nich językiem, wznosi wiersze na wyżyny sztuki i pozwala nam obcować z tym, co w poezji najlepsze: głębokim uczuciem ujętym mistrzowsko w karby języka. Jedną z takich poetek była Sylvia Plath, która obecnie obchodziłaby 85 urodziny. („Kiedy nadchodzi surowa godzina”)

Trzydziestoletnia Sylvia Plath popełniając samobójstwo w lutym 1963 roku zapewne nie przypuszczała, że stanie się bohaterką skandalu wzbudzającego emocje przez ponad pół wieku. Kilkanaście lat temu, na fali niesłabnącego zainteresowania życiem i twórczością Plath, ukazała się książka Erici Wagner „Sylvia Plath i Ted Hughes”, której autorka próbuje spojrzeć na dramat poetki z zupełnie innej perspektywy niż to robiono dotychczas- przyjmuje, skorygowany własną wiedzą i obiektywizmem faktów, punkt widzenia męża Plath, znanego brytyjskiego poety i prozaika, Teda Hughesa.

Hughes nigdy nie mówił o życiu z Sylvią Plath ani o jej samobójstwie. Nie reagował nawet wtedy, kiedy kierowano ku niemu szczególnie brutalne ataki obwiniając go za śmierć żony. „Jeżeli przerywał milczenie, by dać wyraz swoim uczuciom, czynił to jedynie w naprawdę skrajnych przypadkach, niemal zawsze po to, by chronić dwójkę dzieci, Friedę i Nicholasa, które wychowywał po śmierci Sylvii”- pisze Wagner. I nagle poeta zaczął „mówić”- na kilka miesięcy przed swoją śmiercią opublikował, w zimie 1998 roku, zbiór wierszy „Listy urodzinowe”, które zostały uznane w Anglii za jedną z najbardziej intymnych i osobistych książek poetyckich, jakie kiedykolwiek wydano. W „Listach urodzinowych” Hughes „odsłonił serce poety, którego część osób uważała za pozbawionego serca. Ożywił ducha wielkiej miłości, która połączyła dwoje wielkich poetów. Była to książka, której nikt się nie spodziewał. Kiedy ukazała się drukiem, często stawiano sobie pytanie: „dlaczego właśnie teraz?”. A kiedy w niespełna rok później zmarł Ted Hughes, wydawało się, mówiąc nieco trywialnie, że poznaliśmy prawdziwą, konkretną odpowiedź na to pytanie”. Istotnie, tak się tylko „wydawało”- okazało się bowiem, że jedynie część z zawartych w tomie utworów została napisana już w trakcie śmiertelnej choroby ich autora. Te szalenie intymne wiersze, niejednokrotnie noszące takie same tytuły jak wiersze Sylvii i będące poetycką rozmową ze zmarłą żoną, sobą samym, a nawet z ojcem Plath, którego wczesna śmierć tak okrutnie zaciążyła na życiu przyszłej poetki, były pisane przez wiele lat.

„Sylvia Plath i Ted Hughes” stara się być książką uczciwą. Autorka, obierając za punkt wyjścia „Listy urodzinowe”, podejmuje wysiłki rozeznania sytuacji psychologicznej męża a potem wdowca po Sylvii Plath. Próbując bezstronnie wejrzeć w wewnętrzne piekło poetki pokazuje, jakby mimochodem, jak trudno było Sylvii pomóc. Jak niejednokrotnie trudno było uświadomić sobie, że Plath wymaga pomocy. To, co wielu brało za promienny uśmiech pięknej, zdrowej Ameryki było tylko tym „ja” na pokaz, tym nieosiągalnym stanem ducha, do którego uwięzione w poetce przestraszone dziecko rozpaczliwie usiłowało przylgnąć. Mamy tutaj, uczciwie, nie tylko małżeńską zdradę Hughesa, ale i patologiczną zaborczość Plath, co już, jak by na to nie patrzeć, dawało zrozumiały powód do zdrady. Mamy pełne obojętności zachowania męża, ale jednocześnie jego dużą wolę współ-czucia oraz ciągłą pomoc w stwarzaniu żonie warunków do twórczej samorealizacji a także pełne żalu i niewolne od poczucia winy rozszyfrowywanie -przez lata- sytuacji i wyraźnych znaków, które kiedyś, nieświadomy, beztrosko lekceważył. Również matka poetki, Aurelia Plath, z którą Sylvia pod koniec życia praktycznie zerwała stosunki jest tutaj nie tylko i wyłącznie surową, apodyktyczną matką, ale i tą osobą, która dbała o wykształcenie córki (także syna, bo Sylvia nie była jedynaczką), wspierała ją finansowo i niejednokrotnie służyła pomocą przy pielęgnowaniu dzieci. Ted Hughes, owszem, ma pretensje do Aurelii Plath, które jednak- trzeba koniecznie zauważyć- nie są pretensjami do teściowej, ale są powtórzeniem zarzutów formułowanych przez Sylvię pod adresem własnej matki. W rozpędzie Hughes wskazuje też na inne osoby, które nie były wobec Plath bez winy, czemu w końcu trudno się dziwić, zwłaszcza że wygląda na to, iż ma rację. Wspomina zatem niektórych krytyków i kolegów Sylvii po piórze, nie wyłączając słynnej już wówczas Marianny Moore, a także wieloletnią lekarkę Sylvii Plath, psychiatrę Ruth Beuscher. Otóż Beuscher parokrotnie pomogła Sylvii wrócić do równowagi psychicznej, ale równocześnie nauczyła ją destrukcyjnej, zdaniem Hughesa, sztuki autoanalizy. Terapeutka, usiłując dotrzeć do źródła gniewu, który się stale w poetce gotował i czasami wybuchał niepohamowaną wściekłością pomogła Plath wskazać na osobę surowego ojca, który- wcześnie umierając- „opuścił” córkę, pozbawiając ją pierwszego męskiego sojusznika oraz na osobę apodyktycznej matki, która w podświadomości Sylvii „odebrała” jej ojca, ponadto nie dała córce macierzyńskiej czułości. Uśpione demony zostały z pomocą Beuscher wyzwolone i przy tak pojętnej jak Plath uczennicy, rozszalały się na dobre, by w końcu pozostawioną bez silnego wsparcia Sylvię wciągnąć w otchłań. Nb. kto wie, czy Cioran nie miał odrobiny racji nazywając psychoanalizę największym złem XX wieku, czymś, co definitywnie odarło człowieka z tajemnicy…

Książka Wagner oddaje, na ile to możliwe, sprawiedliwość swoim bohaterom, ale żal mi tych dni, kiedy mogłam czytać wiersze Plath bez wtajemniczenia w najintymniejsze szczegóły z jej życia, kiedy moja wyobraźnia nie była ograniczona taką masą faktów, niejednokrotnie wstrząsających i drastycznych i w związku z tym narzucających się ze zdwojoną siłą. Wiersze te, same w sobie, zawierają potężny ładunek emocjonalny i bez jakiejkolwiek informacji o życiu Sylvii Plath są w stanie obudzić nawet umarłego; i to nie tylko ze względu na absolutną szczerość oraz rzadko spotykaną wrażliwość ich autorki, lecz także ze względu na wspaniałe rzemiosło- niesamowitą precyzję opisów, które już nie opisują ale -stwarzają- świat, olśniewające metafory, umiejętność odmalowania emocji tak, by ściśle przystawały do stanów ducha… Z wielkim żalem patrzę na stale powtarzający się zabieg przywoływania urywku wiersza Plath oraz korespondującego z nim urywku wiersza Hughesa a następnie dopasowywania do nich tego to a tego zdarzenia. Przecież np. wiersz Plath „Ta inna” może znakomicie funkcjonować bez małżeńskiej zdrady Hughsa, bez istnienia kochanki Assii Wevill i bez awantur urządzanych przez zdradzoną żonę. Trzeba jednak dodać, że Erica Wagner otrząsa się co jakiś czas ze studiowania życiorysów i np. przytomnie zauważa, iż prawdopodobnie „Assia miała w sobie coś, czego istnienie Sylvia przeczuwała w sobie lub czego bezskutecznie pragnęła”. Właśnie, niejednokrotnie pojawiająca się w twórczości Plath „ta inna” równie dobrze może być „ja” poetki, tym „ja”, które Plath po omacku rozpoznawała w sobie, a które nie miało okazji na skonsolidowanie się i uzewnętrznienie, do którego być może tęskniła. Zwłaszcza, że osobowość Sylvii była niespójna, wyraźnie rozbita na dwie części: tę jasną i tę mroczną. Ma się wrażenie, że pełne optymizmu „Listy do domu” oraz poezję i „Szklany klosz” pisały dwie różne osoby. Poetka była świadoma owego „rozszczepienia” i niejednokrotnie dawała temu wyraz w swojej twórczości. Z upływem czasu te oderwane części psychiki zyskiwały coraz większą autonomię, a ciemny kompleks zaczął wyraźnie dominować. Zaświadczają o tym wiersze. Ale można z nich wyczytać także i to, że Plath przestała walczyć z mroczną stroną swojej psychiki intuicyjnie wyczuwając, że to ona jest motorem jej poezji. Czytając wiersze Sylvii Plath mam wrażenie, że poetka, „pilotując swoje życie”, zauważywszy, że się jej ono coraz bardziej wymyka spod kontroli, z rozmysłem rozpędziła swój wehikuł i wypuściła z rąk stery po to, by wzbić się w swojej sztuce jak najwyżej. By poczuć ekstatyczny pęd, bez względu na to, że pęd ten spali ją i unicestwi.

Ted Hughes był najmniej świadomym bohaterem dramatu, w którym uczestniczył- rola przydzieliła się sama i grała swoim aktorem. Hughes, psychicznie najsilniejszy, trwał, ale…co się właściwie tutaj rozgrywa? Aby odpowiedzieć, chociaż częściowo, na to pytanie trzeba być doświadczonym w życiowej grze aktorem, a najlepiej- zasiąść na widowni. Ted Hughes, po śmierci żony i po również samobójczej śmierci Assii Wevill w 1969 roku, zasiadł tam, w pierwszym rzędzie, by przez następne trzydzieści lat analizować, rozgrywaną przez cienie, tragedię.

***

Druk w niegdysiejszym „Znaku”

This entry was posted in artykuł, notki o literaturze i literatach and tagged , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.