Współczynnik poklasku

czyli jak nie wychować odbiorcy sztuki

Dla zwiększenia doznań widza –walonego dzisiaj po oczach, głowie i sercu– proponuję wprowadzić do scenariusza wystawy elementy survivalu: wejście do salonu wystawowego od frontu, wyjście zaś, w kształcie wąskiego tunelu, na zaplecze i tam odławianie np. co dwudziestego widza w celu zapewnienia „eksponatu” do stale trwającej wiwisekcji.

      Za bierną zgodą społeczeństwa sztuka stała się dostępna już niemal wyłącznie dla wybranych. Tylko ci wytrwali, autentycznie zainteresowani docierają do jej najciekawszych przejawów. Bo trzeba mieć i samozaparcie, i rozeznanie w materii, żeby dotrzeć do nisz, gett, samotni utalentowanych „szaleńców bożych”, innymi słowy do zjawisk nienagłaśnianych. Z jednej strony sytuacja taka ma swoje plusy — sztuka trafia do odbiorcy przygotowanego, wtajemniczonego, a czasem wrażliwego (to rzadka cecha, z tym trzeba się urodzić i całe życie dar ten rozwijać). Talent może być rozpoznany tylko przez talent, wyrafinowany umysł tylko przez wyrafinowany umysł a wrażliwość tylko przez wrażliwość. A więc sztuka niszowa może liczyć na konesera, co w przypadku sztuki głośnej jest mało prawdopodobne; a nawet jeśli wśród publiczności znajdzie się odbiorca, który wie i czuje, to ginie on w tłumie snobów czy odbiorców przypadkowych.
Zresztą trudno sobie wyobrazić, że na przykład do ciasnego i ubogiego mieszkania Mirona Białoszewskiego schodzą się paniusie i fircyki w toaletach od najmodniejszych krawców, w najnowszych, przykrojonych liftingami twarzach czy stylizowani na artystów, w markowych łachach, buzznessmeni i naukawcy i łypią oczami po towarzystwie w ząb nie rozumiejąc (to akurat jest łatwe do wyobrażenia) co jest grane. Co jest grane bez cudzysłowu, bo właśnie grana jest sztuka Białoszewskiego w jego Teatrze Domowym. Teatr ten był siłą rzeczy teatrem dla wybranych i przeniesienie go na oficjalną scenę byłoby tej sztuki zaprzeczeniem.
Nawiasem mówiąc widz, czytelnik, odbiorca, który nic nie rozumie nie jest aż tak niebezpieczny jak ten, który rozumie częściowo i w dodatku często jest przekonany o wyjątkowych walorach swojego umysłu. Wystarczy przypomnieć, co rozumiejący połowicznie  „znawcy” zrobili z myślą Nietzschego – uzasadnili nią swój nazizm.

 

Antoni Rząsa -0063Antoni Rząsa- 0061

 

 

 

Antoni Rząsa

 

 

 

 

Podobnie jak z niszowym i odkrywczym –i zapomnianym– teatrem Białoszewskiego rzecz się ma z wieloma przejawami niezwykłej, prawdziwej sztuki. Weźmy chociażby proste a jednocześnie wyrafinowane, powściągliwe a bardzo ekspresyjne, filigranowe a wielkie rzeźby Antoniego Rząsy. Artysta wrażliwy od stóp do głów, nieśmiały, w sobie skupiony unikał tłumów. Z rezerwą traktował turystów, którzy zbaczając ze szlaku zachodzili do jego zakopiańskiej pracowni – dopiero kiedy nabrał przekonania, że ma do czynienia z amatorem sztuki (od łac. amore = kochać) rozluźniał się i był rozmowniejszy. Lata temu miał jedną większą wystawę w krakowskim BWA (wrażenie piorunujące, pamiętam do dzisiaj), nigdy nie stał się ogólnie znany.

 Jan Dziędziora_Cimochowizna2_gwaszJan Dziędziora, Cimochowizna 78r.

A kto zna Jana Dziędziorę? Tylko koneserzy. Był to artysta tak znakomicie posługujący się ołówkiem, że trudno o lepszego, wrażliwszego rysownika światła. Spod czerni ołówka wydobywają się kaskady światła i biel kartki lśni jak słoneczny dzień! (Fotografie, które mam pod ręką nie oddają ekspresji rysunku w oryginale- zwłaszcza gdy nie chodzi o rysunki „ciemne” i pełne cierpienia, ale o te „słoneczne”– nie będę więc ich tutaj zamieszczać. Obszerniejsze wspomnienia o tym wybitnym artyście i jego sztuce wraz z innymi historiami „z życia” w innym miejscu, w innym czasie…)

Znany, i to szeroko, jest natomiast facet, który preparuje ludzkie zwłoki i wystawia je w „salonie sztuki”. To ostatnie piszę w cudzysłowie, bo w obecnych czasach salonów więcej niż stodół i trudno przejść na drugą stronę ulicy, otworzyć gazetę czy wejść do sieci, żeby nie potknąć się o salon. Ot, ku…lturka nasza współczesna.
Autor wystawy jest niewątpliwie artystą jak ja to nazywam– buzznesu, tj. skutecznego nabijania naiwnych w butelkę, ale jak widać tego mu mało i musi jeszcze być po prostu artystą! Preaparatorem, owszem, jest dobrym, i efekty jego pracy stanowią niezły materiał na lekcję anatomii. Lecz czym innym jest namalowanie obrazu „Lekcja anatomii doktora Tulpa”, a czym innym pokrojenie trupa na stole w prosektorium (nawet jeśli towarzyszy temu, oprócz anatomów i studentów medycyny, wysoko postawiona gawiedź). Trzeba dodać, że te publiczne, siedemnastowieczne sekcje zwłok były dokonywane na trupach przestępców, czyli widowiska te były uważane, może nie expressis verbis, ale w powszechnym, milczącym rozumieniu za dodatkową karę wymierzoną w zmarłego.
Tak, zgoda, oprócz ciekawskich, szukających jedynie sensacji, mimo wszystko istnieją jeszcze ludzie, którzy łakną wiedzy i chcieliby się czegoś nowego o ludzkim ciele dowiedzieć. Znakomicie, zatem miejscem na tę wystawę (nie jestem pewna czy pomyślaną jako dydaktyczna, ale uzasadnianą takim argumentem), a więc miejscem na tę dydaktyczną wystawę są muzea przyrodnicze, sale wystawowe na wydziałach medycznych wyższych uczelni itp., a nie salony sztuki. I stosownie do zadania, jaki taka ekspozycja ma spełniać, to znaczy kształcić, tak jak np. wystawy w Centrum Nauki „Kopernik”, cena biletów nie powinna zawierać w sobie opłaty za „dodatkowe atrakcje”, zwłaszcza że nawet hard porno można było niedawno oglądnąć za niecałe 10 zł w Muzeum Narodowym. (Swoją drogą, filmik porno w strupieszałym muzeum! A więc najwyższy czas ze zwykłej seksualnej perwersji przerzucić się na…hm, ja wiem?…kanibalizm?: Ach, schrupałabym cię całego!).

W takim tempie aplikując dreszcze na plecach, czyli po prostu znieczulając psychikę odbiorcy i podciągając pod sztukę każdy szajs (tak, tak, g…o artysty było już sprzedawane w metalowych puszkach jako dzieło sztuki) nasz artysta czy będzie zmuszony posunąć się dalej? Czy następny „saloon” artystyczny autora „Human body” będzie połączony z wiwisekcją? To by dopiero było dochodowe! Tłum ciekawskich waliłby drzwiami i oknami!, uzasadniając swoje podniecenie już nie tylko przemożnym głodem wiedzy na temat ludzkiej anatomii, ale i chęcią „namacalnego oswojenia się ze śmiercią” *) oraz potrzebą generalnego pogłębienia swojej empatii, która wobec krojonego na żywca nieszczęśnika niechybnie przekroczy granice osiągane do tej pory. Dla zwiększenia doznań widza –walonego dzisiaj po oczach, głowie i sercu– proponuję wprowadzić do scenariusza wystawy elementy survivalu: wejście do salonu wystawowego od frontu, wyjście zaś, w kształcie wąskiego tunelu, na zaplecze i tam odławianie np. co dwudziestego widza w celu zapewnienia „eksponatu” do stale trwającej wiwisekcji.
A mówiąc poważnie: Zwiedzających, tych naiwnych, i tych hurra-nowoczesnych, (bo wystawę oglądali też starzy cynicy, zblazowane nosorożce, na których już nic nie robi wrażenia, na-siłę-nowocześni tetrycy, którzy trzęsą portkami, aby młode, modne i „światłe” feminy nie odtrąciły ich karesów, dziennikarze, ja (z rzetelności, żeby nie pisać o czymś, czego nie widziałam), czy po prostu uczniowie klas biologicznych), a więc tych naiwnych można poprosić tylko o jedno, o wyobrażenie sobie, że ktoś wystawił tam na widok publiczny spreparowanego trupa ich matki czy ojca, albo ich własnego dziecka.

Z drugiej strony jednakże wypłynięcie na szersze wody (by wrócić do tematu zasadniczego) ma jedną, podstawową zaletę – zapewnia artyście dobry lub przynajmniej niezły byt. Bo ci, którzy pozwalają twórcy przeżyć, którzy kupują, drukują, nagrywają i wystawiają prawie zawsze kierują się –nazwijmy to– współczynnikiem poklasku (WP) zależnym od paru spraw i jakość dzieła nie jest w tym najważniejsza.(Głośni autorzy, artyści, filmowcy drukują, wystawiają, kręcą na ogół co chcą i kiedy chcą, co koniec końców nie wychodzi im na dobre).
Żeby nie zahaczać o nasz zideologizowany, promujący płaskie gusta, skrępowany, daleki od wolnego rynek, sięgnę po stare zachodnie (mimo wszystko kryteria bardziej przejrzyste) przykłady blokowania nieprzeciętnych książek autorów mało znanych (WP równy niemal zero) w momencie ubiegania się o druk: „Dublińczyków” Jamesa Joyce’a wydawcy odrzucili 22 razy; „Folwark zwierzęcy” Orwella — 4 razy; Agata Christie odrzucana przez wszystkich krążyła po wydawnictwach ze swoją pierwszą książką przez długi czas; ten sam los spotkał Josepha Hellera z jego „Paragrafem 22”; John Grisham odtrącany na okrągło w końcu zaczął wydawać w malutkim wydawnictwie, w niewielkich nakładach, i sam sprzedawał swoje książki (na stacjach benzynowych) jeżdżąc po kraju; absurdalny, zabawny i wyrafinowany E. E. Cummings blokowany przez redaktorów niemal stracił nadzieję na znalezienie wydawcy, który zrozumie i doceni humor, ironię i lekkie szaleństwo jego poezji; nie mówiąc już o Emily Dickinson, której tylko raz w życiu udało się wydrukować parę wierszy w magazynie literackim i to, jak się okazało, po „poprawieniu” ich przez redaktora naczelnego– zbyt odbiegały od ogólnokrajowej sztampy i nie mieściły się w przeciętnym guście redaktora…

Należy też pamiętać, że szerszy rozgłos wokół dzieła zawsze stwarza dodatkową możliwość, iż ci wrażliwcy (a potencjalni odbiorcy), którzy jeszcze się w społeczeństwie uchowali, a nie są zbytnio zainteresowani sztuką, bo jej nie znają, mogą przypadkowo natknąć się na nią (plakat, gazeta, telewizja, reklama) i być może odnaleźć w niej coś, co wzbogaci życie, co każe się zatrzymać i pomedytować. Ale to, mój Boże, to już jest rząd dusz i my go, (już nie wicie rozumicie, ale) państwo wiedzą, nie oddamy.

*

*) Dla tych, którzy byli na wystawie, bo „chcieli namacalnie oswoić się ze śmiercią” (słyszałam takie tłumaczenia) proponuję wolontariat w pierwszym lepszym hospicjum, gdzie wiele terminalnie chorych ludzi, w tym dzieci, czeka na jakąkolwiek pomoc w dramatycznej, często samotnej walce o każdy dzień życia, każdą następną chwilę. Zresztą namacalne oswojenie można znaleźć bliżej, pod ręką: pomagając niedołężnym rodzicom, leżącej babci czy robiąc zakupy samotnej, chorej starowince mieszkającej o drzwi dalej.

gwasz Jana Dziędziory z sieci, fot.rzeźb Antoniego Rząsy z sieciowej strony rzeźbiarza

Mira Kuś,Zioła i amaranty, Księgarnia Akademicka, Kraków 2012 TUTAJ
Mira Kuś, Między tym a tamtym brzegiem, Collegium Columbinum, Kraków 2010 TUTAJ

This entry was posted in artykuł, notki o literaturze i literatach and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.