Marek Skwarnicki

Zmarł Marek Skwarnicki. Nie widziałam Go od dobrych kilku lat, ale był okres, kiedy niemal co tydzień siadywaliśmy wspólnie przy kawiarnianym stoliku. Nie znałam Marka w czasach „pierwszej komuny”, kiedy jeszcze trwał krakowski snobizm na Tygodnik Powszechny. Poznałam Go później, pod koniec lat 90’. Nigdy nie czytałam Tygodnika, ale fama felietonisty Spodka dotarła i do mnie. Swego czasu Marek ofiarował mi książkowy wybór swoich felietonów- zgrabnych, pisanych językiem, który potrafił przygarnąć czytelnika i ponieść go ze sobą gdzieś, poza oczywistość.

Ale dla mnie Marek Skwarnicki był przede wszystkim poetą, chociaż Jego dorobek poetycki nie jest zbyt obfity. Był poetą, jednym z nielicznych, których nazywam poetami z Bożej łaski.

(Na marginesie dodam, że kiedy straciłam parę miejsc druku, a co za tym idzie możliwość reperowania bardzo skromnego budżetu, Marek, jako jeden z nielicznych wspomógł mnie specjalnie wyszukaną dla mnie pracą zleconą. Piszę o tym, bo ludzka solidarność (ta cicha, bez rozgłosu) jest u nas, w Polsce, od lat w zaniku i każdy jej przejaw odnotowuję jako znak nadziei; nadziei dla ludzkości i nadziei na to, że nasz Kraj kiedyś stanie na własnych nogach, wyprostowany).

Oto jak rekomendowałam w miesięczniku „Znak” Jego zbiór wierszy „Ptaki” z 2002 roku:  

Coraz rzadziej można spotkać poetę, który pisze z potrzeby serca. Nieprzyjazny twórczemu myśleniu wymóg dzisiejszych czasów „publish or perish” niszczy wszelkie przejawy bezinteresowności i upodabnia nas do „ścigających się szczurów”; zniewolonych, szarych i jednakowych w swojej masie. Czasem wręcz dopada mnie zdziwienie, że kwiaty jeszcze kwitną i ptaki śpiewają. I to bez pobierania opłaty.

Jednym z takich niecodziennych „ptaków” jest poeta Marek Skwarnicki, którego ostatnia książka poetycka nosi tytuł, a jakże, „Ptaki”. W tytułowym wierszu poeta zawarł to, co, jak myślę, jest najistotniejsze dla jego poezji i postawy życiowej. Otóż, pisząc o odlatujących przed zimą ptakach, mówi on m.in. „ Ptaki były dążeniem w locie/ku Komuś kto je zawołał/(…)zapatrzone w horyzont/wiedzione nie nadzieją/lecz instynktem wiary i miłości”.

Jak pisał Tadeusz Różewicz, poezję uskrzydlają: malarstwo i muzyka. Skwarnickiego wybrało to pierwsze – główną siłą jego poezji jest obraz; budowany oszczędnie, acz w sposób wyszukany. Metafory są urodziwe i świeże, bo poeta zbyt ceni język, aby li tylko filologować, nigdy również nie zapomina, iż „Żyjemy wśród spraw ostatecznych/ Mniemając, że to jest codzienność”. Zapewne z tej cierpliwej wiedzy bierze się zdystansowanie i spokój wobec niejednokrotnie dotkliwej codzienności oraz brutalności życia. A także spokojna zgoda na przemijanie: „Przemijanie zatem tak samo jest piękne/ Jak wszystko co od Boga pochodzi.”

Chociaż codzienność, jak mówi poeta, składa się ze spraw ostatecznych, to dopiero nasze rozeznanie i zrozumienie oraz stała o tym pamięć nadają jej taką rangę. Najczęściej jednak dopiero stany graniczne przypominają nam o tym. Swoje najpiękniejsze wiersze Marek Skwarnicki napisał podróżując właśnie w takie rejony: są to wiersze szpitalne, epifanie z granicy życia i śmierci, oraz wiersze z podróży w świat Kobiecości. Nawiasem mówiąc „kobiecy” aspekt poezji Skwarnickiego wymaga osobnego traktatu. Poecie bowiem udało się przeniknąć, poprzez miłość, w ten nieznany mu, z natury rzeczy, świat. Uczucie do jednej kobiety uczyniło go bliższym Kobiecie, będącej symbolem tego, co żeńskie. Podróż do świata żeńskości jest dla mężczyzny na ogół sporym ryzykiem, lecz poeta nie dość, że z tego przedsięwzięcia „uchodzi cało”, to właśnie stamtąd, z krainy Kobiecości, powraca ze wspaniałymi darami: mądrością i pięknymi wierszami.

Mira Kuś

 

 

 

 

This entry was posted in notki o literaturze i literatach and tagged , , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.