Tłumacz poezji jest jak snop światła — oświetla poetę tylko z jednej strony

czyli

króciutki tekst o trudach przekładu

Caspar David Friedrich, Zimowy pejzażCaspar Friedrich,Pejzaż zimowy


Niedawno zmarł Stanisław Barańczak. Pamiętam go jeszcze z lat 70’, kiedy na krótko zrobił się u nas szum wokół tzw. „Nowej Fali”, formacji poetyckiej współtworzonej przez Barańczaka. Niedługo potem okazało się, że poeta zapadł na bardzo poważną chorobę, której leczenie, nawet najskromniejsze, było w polskich warunkach nieosiągalne – jedynie Zachód oferował jakąś nadzieję, a przynajmniej dostęp do najnowszych osiągnięć medycyny (która i tak była wtedy niemal całkowicie bezsilna wobec choroby Parkinsona). Ta okoliczność, jak pamiętam, zadecydowała o zaproszeniu i wyjeździe poety do USA. Ponadto Barańczak znał biegle język angielski, czyli spełniał warunek sine qua non objęcia posady na uniwersytecie Harvarda.
Nigdy za wierszami Barańczaka nie przepadałam, chociaż są to wiersze dobre, ale (… *), podczas gdy gibkość języka poety jest naprawdę imponująca. Zaowocowała ona głównie w przekładach poezji. Oczywiście, nie wszystkie przekłady Barańczaka są najlepsze (np. Edward Lear w tłumaczeniu Andrzeja Nowickiego—tom wierszy „Dong, co ma świecący nos”—znacznie lepiej brzmi w moim uchu; mogłabym powiedzieć, że wiersz Nowickiego miękko się w uchu mym układa) i wcale nie chodzi o tzw. zgodność z oryginałem, co według niektórych ma oznaczać tłumaczenie słowo w słowo, ale współgranie intencji autora z treścią, formą i z emocją, czyli melodyką. Tam, gdzie emocje delikatniejsze, pastelowe, o szerszej gamie odcieni, Barańczaka słuch nieco zawodzi (albo tłumacz, mimo pełnej świadomości, nie ma sił na wyrwanie się z „diabelskiego kręgu” inkantacji), natomiast tam, gdzie chodzi o subtelności intelektualne – Barańczak jest znakomity. Dlatego delikatniejszy (wśród „nonsensistów”) Edward Lear u Barańczaka staje się kanciasty, i dlatego też wyrafinowany E. E. Cummings znajduje w nim tłumacza niezastąpionego. Albo Cole Porter i jego „Let’s do it” czyli Barańczakowe „Leć w duet”! Za takie tłumaczenie (Barańczakowy tytuł znakomicie koresponduje z treścią wiersza, można nawet powiedzieć, że przekład jest lepszy od oryginału) każdy poeta podziękowałby na kolanach i z pocałowaniem ręki.

Jest też faktem, że inni tłumacze poezji amerykańskiej czy angielskiej mieli mniej lub bardziej utrudniany dostęp do dużych wydawnictw… ale nie o sitwach tutaj chciałam, lecz o pewnej anglojęzycznej poetce i przekładach jej poezji na język polski. (Fragment poniższego był kiedyś drukowany w niezłym miesięczniku, dopuszczającym (kiedyś) czasem tzw. kontrowersyjne głosy, ale i tak całkiem spora liczba osób komentowała to tak: „No popatrz, wydrukowali, chociaż –mimo pochwał—tekst nie zawsze na kolanach wobec nietykalnego Barańczaka”).
Poetką, która wzrusza czytelnika zarówno znakomitą poezją, jak i kolejami swojego losu jest żyjąca w XIX wieku w stanie Massachusetts Emily Dickinson, nazywana też „pustelnicą z Amherst”. Nieśmiała, wrażliwa, stroniąca od ludzi stara panna, która prawdopodobnie na skutek głęboko przeżytych zawodów miłosnych, a może raczej na skutek dojmującego poczucia wyobcowania jakie towarzyszy autentycznemu artyście, wycofała się z życia miejscowej społeczności i przez 20 lat prawie nie opuszczała swojego pokoju **. Zmarła w wieku 56 lat zostawiając ponad 1700 wierszy zapisanych na papierze listowym, zamkniętych w starym kuferku. Poetka pisała w zasadzie potajemnie- surowy ojciec dowiedział się o tym dopiero wtedy, gdy wszedł późnym wieczorem do pokoju córki, zaciekawiony i oburzony faktem, że światło, jego zdaniem, świeci się tam zbyt długo. Wtedy Emily odważyła się przeczytać mu jeden ze swoich wierszy. Nie wiemy, co powiedział na to oschły sędzia Dickinson, jednak uchylił zakaz świecenia lampy nocą.
Poetka w skrytości ducha marzyła o sławie, czemu czasem dawała wyraz w swojej twórczości, ale na rozgłos nie liczyła; za życia opublikowano jedynie siedem jej wierszy, w dodatku wszystkie anonimowo i w zasadzie bez zgody autorki (wiersze zostały „poprawione” (!) przez redaktora czasopisma literackiego). Dickinson zdawała sobie sprawę, że jej poezja była zbyt nowoczesna jak na swoje czasy: chropawa wersyfikacja, łamiąca się melodyka, udziwniona interpunkcja, odkrywcza, niekonwencjonalna metaforyka, dopuszczenie do poetyckiego języka słów zwyczajnych, będących w obiegowym użyciu. Pełnego uznania Emily Dickinson doczekała się dopiero w sto lat po swojej śmierci. Poetka doczekała się (a właściwie: nie doczekała; za późno) czytelników, krytyków i tłumaczy. Znakomitych tłumaczy, przynajmniej jeśli chodzi o obszar języka polskiego.
Najbardziej znane przekłady jej poezji wyszły spod pióra Stanisława Barańczaka. Któż spośród miłośników poezji nie zna „100 wierszy”, „Drugich 100 wierszy” czy „Wyboru wierszy”? I chociaż Emily Dickinson została odkryta dla języka polskiego przez Kazimierę Iłłakowiczównę, która w 1965 roku wydała w serii „celofanowej” PIW pierwszy wybór jej wierszy, tłumaczenia te nie są ogólnie znane. Poezja „pustelnicy z Armhest” w interpretacji Iłłakowiczówny bywa za bardzo uładzona, zbyt koturnowa i nadto kwiecista w odróżnieniu od oryginalnej Dickinson, która mówi na ogół bezpośrednio i prosto. Tę prostotę języka a jednocześnie bogactwo mowy znakomicie oddał Stanisław Barańczak, który ponadto swoim wysublimowanym poczuciem humoru i brawurowymi metaforami zapewnił czytelnikowi niezapomniane doznania duchowe.
Już po krótkiej lekturze orientujemy się, że głos „jego” Emily Dickinson został usytuowany, by się tak wyrazić, na wysokich poziomach energetycznych. Wydaje się, że czasem nieco zawyżonych w stosunku do oryginału. Rwana mowa przy wyraźnie wybijanym rytmie, podkreślanym często przez rym, niejednokrotnie męski, i odpowiednio rozmieszczone w tekście pauzy -z nagła zawieszające głos- przydają wierszom zdecydowania; sprawiają, że zapisana w nich akcja rozgrywa się w przyspieszonym tempie, co powoduje wyostrzenie treści wiersza. Owa „męskość” wierszy nasuwa pytanie, czy istotnie taka jest ta poezja? Czy ucieka od miękkości, od snującego się sennego czasu, od kobiecych lęków i obaw?
Na to pytanie po części odpowiada „Przeczucie” Ludmiły Marjańskiej ( wybór wierszy Emily Dickinson w przekładzie Ludmiły Marjańskiej, wyd. Biblioteka Telgte, Poznań 2005). Tłumaczka dobiera wiersze w taki sposób, że –mówiąc w dużym skrócie- układają się one w historię emocji; podczas gdy wybór Stanisława Barańczaka obrazuje dzieje ducha (lub jak kto woli- umysłu). Pojawiają się tutaj wiersze takie jak: „Może nie potrzebują mnie”, „Pamięć ma kształt domu”, „Ta krzątanina w domu”, „Liście jak kobiety wymieniają”, „Jedno serce”, „Wiążę kapelusz, szal układam”, „Czy za późno”, które odsłaniają żeńskość podmiotu lirycznego; jego łagodność, troskliwość, chęć bycia pożytecznym, dbałość o niezbędne do życia drobiazgi, marzenia o spełnionej miłości, marzenia o własnej rodzinie i domu… Nader interesująca okaże się również równoległa lektura spolszczeń tych samych wierszy, a w szczególności dwóch z nich: „The missing all” i „A narrow fellow”. Pierwszy z nich w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka zaczyna się następująco: „Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego-/ Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy” , w tłumaczeniu Ludmiły Marjańskiej zaś początek ten brzmi: „Wszystkiego Brak pozwolił mi/ Pomniejsze braki znosić-”. „Brak wszystkiego” unaocznia pewną bierność życiową, wycofanie, poczucie bezsilności i zgodę na dopust losu, podczas gdy „Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego” jest wyrazem swego rodzaju zaborczości, zachłanności, życiowego impetu. Jeszcze bardziej zaskakujące rozwiązania dają nam tłumaczenia wiersza „A narrow fellow”. Wąż, którego nagła i niespodziewana obecność uderza czasem poetkę czy to przez przesmyknięcie się obok, w trawie, czy to przez nieprzewidywalne ujawnienie się na nasłonecznej ścieżce u Marjańskiej jest rodzaju nijakiego, u Barańczaka- męskiego. Intuicja podpowiedziała tutaj tłumaczce znakomite rozwiązanie: cały strach i panieński, nieuświadomiony lęk, cała dwuznaczna i mroczna tajemniczość tego stworzenia zawiera się w tym „ono”, które „lubi bagnisty grunt-/ zbyt zimne dla zbóż rżyska-” i w tym „czymś” , nagle objawiającym się w wielkiej bliskości ciała, tuż obok nagiej stopy poetki, gdy „w południe mijała(m) z bliska/ coś rozciągnięte w słońcu/ na kształt jakby biczyska-”. Inna rzecz, że w końcowej partii wiersza ten znakomity efekt zostaje częściowo zaprzepaszczony, m.in. przez użycie zdrobnień.
Porównanie „Przeczucia” Marjańskiej i np. ”Wierszy wybranych” Barańczaka ukazuje w całej rozciągłości wielki trud tłumacza, permanentną konieczność podejmowania decyzji co ocalić, a z czego zrezygnować, bo jak wiadomo wszystkiego, co w wierszu zawarte, przetłumaczyć się nie da. Pokazuje też, jak bardzo przekład zależy od osobowości i umysłowości tłumacza oraz to, że różne przekłady mogą być jednakowo dobre: pokazują po prostu różne oblicza poety.

Tadeusz Dominik, ŚniegTadeusz Dominik,Śnieg

*) Całość w „W szufladzie”
**) Pewne znaczenie ma tutaj również fakt, że poetka przez kilkanaście ostatnich lat swego życia miała twarz oszpeconą permanentnym obrzękiem,spowodowanym chroniczną chorobą nerek.

Także patrz: Hipokrates z Chios oraz Zachwycające są księżyce (wiersz o sztuce przekładu).

Temat pokrewny: Poetry of the Seven Veils .

This entry was posted in artykuł, notki o literaturze i literatach and tagged , , , , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.