Rozmowy nieuczesane (3): Kolejka do psychiatry

Rozmowa z prof.dr.hab. Adamem Szymusikiem, dyrektorem Kliniki Psychiatrii Collegium Medicum UJ, miała miejsce w 1999 roku, kiedy jeszcze wielu z nas wydawało się, że zmierzamy ku lepszemu. Jak obecnie wygląda sytuacja służby zdrowia i opieki medycznej w Polsce wiedzą wszyscy, którym zdarzyło się zapaść chociażby na nieco cięższą infekcję jesienną. Każdy kryzys, tj. nieudolność rządzących, odbija się przede wszystkim na osobach najsłabszych, czyli na porzuconych dzieciach, samotnych, schorowanych starszych ludziach i na jeszcze od nich słabszych pacjentach psychiatrycznych.
Z drugiej strony wzrasta obecnie lawinowo liczba osób potrzebujących opieki psychoterapeuty. Są to ludzie chorzy, z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, i coraz więcej osób cierpiących na depresje. Są też i tacy, którzy uważają, że jest „trendy” mieć swojego psychoanalityka. (Oczywiście jest także „trendy” mieć na to kupę forsy). Rzecz jasna spleen, a nawet stany lżejszej depresji, zdarzają się każdemu, ale od tego mieliśmy rodziny i przyjaciół, by na ich ramieniu można się było wypłakać. W dzisiejszym coraz bardziej egocentrycznym i amoralnym świecie zostali oni zastąpieni płatnym słuchaczem.

 *

Mira Kuś:- Panuje opinia, że psychiatrzy nie są zbyt zdrowi…

prof. Adam Szymusik:- Czy pani wie, czym się różni psychiatra pracujący w szpitalu od swojego pacjenta?

 – Wolałabym nie spekulować na ten temat.

 – Otóż tym, że psychiatra na noc idzie do domu. Ale mówiąc serio, owszem, psychiatrzy miewają kłopoty ze sobą i nie odpowiadają, na ogół, normie statystycznej, ponieważ, żeby dobrze wykonywać swój zawód, muszą być wrażliwsi niż przeciętni ludzie, bardziej tolerancyjni, odpowiedzialni… Niestety, to się zmienia. Psychiatrzy, niestety, normalnieją. W tej chwili zbyt wiele spraw przelicza się na pieniądze i to dotyka również nas…

– Psychiatria, jako nauka, nie radzi sobie chyba zbyt dobrze z leczeniem? Tyle osób tłoczy się w poczekalni…

 – Psychiatria od drugiej połowy XX wieku przeżywa bardzo burzliwe zmiany. Pierwszą było wejście na rynek, w latach pięćdziesiątych, neuroleptyków, leków, które wprawdzie nie leczą samej choroby, ale w znacznym stopniu niwelują jej objawy. Wtedy szpitale psychiatryczne się opróżniły. Objawy ustępowały, chorzy wracali do domów. Szybko jednak okazało się, że nie było to dobre rozwiązanie. Powstał problem, nazwany przez nas „systemem obrotowych drzwi”- pacjenci wychodzili ze szpitala w dobrym stanie, lecz napotykali opór, niechęć i brak akceptacji przez rodzinę czy środowisko i bardzo szybko, w złym stanie, wracali. Tym bardziej, że przyjmowane przez nich leki dawały szereg bardzo przykrych objawów ubocznych i znaczna część wypisanych osób po prostu przestawała ich używać. Okresy pobytu w szpitalu się skróciły, ale równocześnie ci sami pacjenci byli przyjmowani do szpitali dużo częściej. Nie stworzono żadnego systemu opieki dla osób, co prawda już opuszczających klinikę, ale jeszcze nie umiejących się odnaleźć w społeczeństwie. Ponadto okazało się, że neuroleptyki, po kilkunastu latach przyjmowania ich przez pacjenta, powodują uszkodzenia neurologiczne. Obecnie pojawiają się leki bardzo skuteczne, pomagające w wyjściu z izolacji społecznej, leczące autyzm. Leki te mają minimalne skutki uboczne, ale, niestety, są bardzo drogie.
Kiedy w wielu państwach zaczęły się pojawiać oznaki kryzysu ekonomicznego, w pierwszym rzędzie dotknęły one pacjentów z zaburzeniami psychicznymi- zaczęto masowo zwalniać ich z pracy. Wtedy pojęto próbę stworzenia systemu opieki nad pacjentem poza szpitalem. Właściwie nie powinienem używać słowa pacjent. Lecz klient- obecnie również nazewnictwo staje się bardziej przyjazne klientowi. W tej chwili psychiatria jest jedyną dyscypliną medycyny, zmniejszająca liczbę łóżek szpitalnych (marzec 1999, szpitale jeszcze funkcjonowały w miarę przyzwoicie- przyp. autorki). 80 % pacjentów, do niedawna leczonych klinicznie, można obecnie bardzo dobrze leczyć poza murami. Dąży się do tego, by duże szpitale psychiatryczne zmniejszyć do nie więcej niż 600 łóżek.

– Czy tym sposobem nie zwiększy się liczba bezdomnych?

-Nie powinna. Przy szpitalach ogólnych powstają małe oddziały psychiatryczne, np. w Szpitalu im Rydygiera. Ponadto tworzy się cały system średnich form opieki. Są to na przykład oddziały dzienne, warsztaty pracy chronionej, oddziały rehabilitacyjne, kluby i domy samopomocy. Powstają organizacje, które bronią interesów pacjenta i jego rodziny, jak np. organizacja „Hamlet” czy „Braterstwo serc”.

 – Ale co zrobić z pacjentami, którzy przeszli już wszelkie możliwe formy terapii, a mimo to nadal są niezdolni do prowadzenia samodzielnego życia?

 – Dla nich buduje się cały system domów grupowych, w których ci chorzy żyją; już nie w szpitalu, ale we własnym mieszkaniu – są to pokoje jedno- lub dwuosobowe. Mieszkańcy takich domów mają ponadto zapewnioną całodobową opiekę medyczną.

 – Chyba nie w Polsce? To wymaga przecież dużych nakładów pieniężnych.

 – W Polsce powoli też. W Krakowie przy ul. Łanowej powstał już jeden taki dom. Ten budynek akurat przeznaczony jest głównie nie tyle dla pacjentów chorych psychicznie, ile dla osób upośledzonych umysłowo, lecz mamy w planach budowę całego szeregu takich ośrodków. Utrzymanie tych domów, jak się widzi na Zachodzie, jest bardzo kosztowne, ale tańsze o około 30 proc. od leczenia szpitalnego, nie mówiąc już o tym, że jakość życia mieszkających w nich chorych jest dużo lepsza niż w szpitalu.

 – Schizofrenia czy paranoja mają w miarę wyraziste i jednoznaczne objawy. Lecz co z nerwicami czy depresjami? Gdzie są między nimi granice? Co to właściwie jest nerwica? Kogo by dzisiaj nie zapytać, każdy twierdzi, że jest znerwicowany. Co więcej, mnóstwo ludzi na własną rękę aplikuje sobie środki uspokajające i nasenne, w razie potrzeby wyłudzając recepty od znajomych lekarzy. Jakie objawy lub jaki zespół objawów powinien człowieka zaniepokoić na tyle, by zgłosił się po pomoc do psychoterapeuty czy psychiatry?

 – Nie każde zaburzenie psychiczne wymaga interwencji czy leczenia. Tym bardziej nie każdy musi trafić z tym do psychiatry. Badania, ale to jeszcze z lat siedemdziesiątych, wykazały, że 5 proc. populacji zgłasza się z dolegliwościami psychicznymi do lekarza. Grupa klientów potrzebujących interwencji psychiatrycznej była (i jest) znacznie większa, mówię o tych, którzy się zgłaszają. Z tym, że 3/5 z nich nie trafia do psychiatry, ale leczona jest u lekarzy ogólnych. Czasem jest to wyjście bardzo dobre, czasem bardzo złe. Zdarza się, że diagnoza zostanie źle postawiona, czasem są przepisane niewłaściwe leki, kiedy indziej ich dawki będą albo za duże, albo za małe. Często jednak doświadczeni interniści mogą bardzo dobrze leczyć zespoły nerwicowe czy różnego rodzaju schorzenia psychosomatyczne. W tej chwili lekarze rodzinni muszą posiadać odpowiedni zasób wiedzy z dziedziny psychiatrii, muszą dobrze rozeznawać schorzenia i wiedzieć, kiedy pacjenta trzeba wysłać do psychiatry, a kiedy sami mogą podjąć się leczenia; lub też dostając pacjenta po leczeniu psychiatrycznym, muszą umieć się nim zająć.

 – Jeśli dzisiaj zgłaszamy się do internisty z, dajmy na to, kłopotami ze strony przewodu pokarmowego, i jeśli po wielu badaniach okazuje się, że internistycznie wyglądamy nieźle, często słyszymy: „Nic pani(u) nie jest. To tylko nerwica”. I dostajemy np. jedno opakowanie relanium. To oczywiście sprawy nie załatwia, pomaga (lub nie) na krótko, a my na własną rękę zaczynamy wypróbowywać na sobie, przecież nieobojętne dla organizmu leki.

 – W ostatnich latach gwałtownie wzrosła liczba depresji; i to głównie na poziomie nerwicowym oraz w postaci różnych form nerwic, objawiających się np. biegunkami, mdłościami, czkawką czy częstymi, długotrwałymi bólami w zasadzie nie mającymi obiektywnej przyczyny. Otóż istnieje coś takiego, jak depresja maskowana. Wbrew temu, co się o tym myśli jest ona nie taka rzadka. Lecz do psychiatry klient z taka depresją trafia, zdarza się, że po 5-10 latach występowania objawów. Najpierw bowiem udaje się on do internisty, poddaje się wielu kosztownym badaniom, bierze leki. Nic nie pomaga. Trafia więc do następnego lekarza, znowu robi badania, leży po szpitalach, klinikach, w końcu szuka pomocy u znachorów lub bioenergoterapeutów. To mu na ogół pomaga, ale na krótko. Pacjent taki nie dopuszcza do siebie myśli- zasugerowanej mu w końcu przez lekarzy- że jest to zaburzenie psychiczne. Zasłania się realnymi, fizycznymi dolegliwościami. A to, że jest przygnębiony, apatyczny, stale zmęczony- a więc ma objawy depresji- kładzie na karb choroby somatycznej. Wreszcie znużony, schorowany i udręczony daje za wygraną i- czasem dopiero po wielu latach- trafia do psychiatry. Psychiatra widząc, że choroby somatyczne zostały wykluczone, podaje mu prosty lek przeciwdepresyjny i tu następuje coś w rodzaju cudu: po około dwóch do trzech tygodni pacjent zdrowieje. Oczywiście nie zawsze tak jest, bo czasem mimo wielu badań można przeoczyć jakąś chorobę somatyczną.

 – Rozumiem, że depresję maskowaną jednak należy diagnozować przez wykluczenie innych chorób. Lecz co ze zwykła nerwicą? Czy można rozpoznać ja po objawach?

 – Tak, nerwicę można rozpoznać po objawach.

 – Jakich?

 – Objawów nerwic jest olbrzymia ilość, ale, dla przykładu, przywołując profesora Kępińskiego, możemy powiedzieć, że osiowym objawem nerwicy jest lęk. Nie jest to strach przed czymś konkretnym, lecz stały niepokój przed czymś bliżej nieokreślonym. Lękowi temu towarzyszy stałe napięcie. Niepokój się nasila na ogół wieczorem i czasem jest tak duży, ze człowiek nie może zasnąć. Wtedy zaczyna się sięganie po środki nasenne. Środki te, po pierwsze- w dużej mierze uzależniają pacjenta, po drugie- wywołują porannego „kaca”. Niektórzy próbują najstarszego „neuroleptyku”, jakim jest alkohol. To oczywiście pomaga na chwilę, można zasnąć po szklance whisky, ale w ten sposób, wszyscy wiemy, wpada się w błędne koło i nałóg. Obecnie mamy bardzo dużo problemów z osobami, które uzależniły się od środków uspokajających. Odwrócenie takiego stanu rzeczy jest sprawą niesłychanie trudną i wymaga leczenia szpitalnego.

 – Czyli to nie nerwica wymaga leczenia w szpitalu, ale skutki zafundowanej samemu sobie terapii?

 – Tak. Objawy nerwicowe, które skłoniły klienta do zażywania leków, stają się sprawą wtórną. Najważniejsze –i znacznie trudniejsze niż wyciągnięcie z nerwicy- staje się leczenie uzależnienia od leków uspokajających i nasennych. Zwłaszcza że w miarę przyjmowania tego typu lekarstw tolerancja organizmu na nie wzrasta i pacjent stale zwiększa dzienną dawkę, ponieważ przestaje reagować na dawki mniejsze. Czasem przyjmujemy pacjentów, którzy pięćdziesięciokrotnie zwiększyli dawkę wyjściową. W przypadku uzależnienia próba odstawienia leków powoduje bardzo przykre objawy psychiczne i fizyczne, i bez pomocy szpitalnej nie można tego robić.

 – To znaczy, panie profesorze, że w momencie, w którym zdamy sobie sprawę, iż trapi nas ciągły niepokój, odczuwamy stałe napięcie, zmęczenie, obniżenie nastroju, nie możemy spać, miewamy natrętne myśli, że towarzyszą temu objawy wegetatywne, np. czerwienimy się podczas rozmowy, powinniśmy bezwzględnie zgłosić się do psychiatry?

 – Tak. Zwłaszcza, że w późniejszej fazie wchodzi się w etap tzw. błędnego koła. Szybkie męczenie się, drażliwość, wybuchowość, trudności koncentracji uwagi, subiektywne zaburzenia pamięci, objawy wegetatywne, wyraźne zniżenie samooceny, trudności w nawiązywaniu kontaktów- wszystko to powoduje, ze człowiek zaczyna się wycofywać, izolować od reszty ludzi. To zaś pociąga za sobą egocentryzm- skupienie się wyłącznie na sobie, swoim ciele i swoich problemach, zatracenie wrażliwości na otoczenie. Otoczenie „odwdzięcza się” odpychając taką osobę, ta wycofuje się jeszcze bardziej i wymienione wyżej objawy jeszcze się pogłębiają. To wzmaga egocentryzm i błędne koło zostaje zamknięte.

 – Można się pogubić w rozróżnianiu objawów nerwicy, nerwicy depresyjnej, depresji…

 – Toteż od tego są psychiatrzy. Podczas gdy depresja wymaga leczenia farmakologicznego, nerwicę dobrze się leczy samą psychoterapią. W chwilach długotrwałej, męczącej bezsenności pewnie że można prze parę dni wesprzeć pacjenta jakimś lekiem uspokajającym. Na depresją natomiast składają się przyczyny endogenne, tzn. wynikające z niewłaściwego funkcjonowania organizmu, jednak istotną rolę odgrywają w niej przyczyny zewnętrzne, społeczne, środowiskowe. Depresja jest chorobą drugiej połowy życia. Kiedy człowiek po raz pierwszy zaczyna układać swój bilans. W okresie ryzyka, tj. w okolicach 35. roku życia u około 10 proc. populacji zaczynają się pojawiać objawy depresji, przy czym u kobiet występują dwukrotnie częściej. Ponieważ, jak powiedziałem, duży udział w depresji mają przyczyny społeczne, leczenie farmakologiczne wspierane jest psychoterapią. Ogólnie można powiedzieć, że klienci nerwicowi nadużywają leków, pacjenci z głębokimi zaburzeniami innego typu, jak np. schizofrenia odkładają leki na półkę, najlepiej zaś umotywowani do leczenia są klienci depresyjni, ponieważ leki bardzo wyraźnie polepszają ich stan zdrowia i zapobiegają lub przynajmniej zmniejszają liczbę nawrotów choroby, a tego taki klient obawia się najbardziej- głęboka depresja jest chyba największym znanym cierpieniem psychicznym.

 – Co by pan profesor powiedział na pigułkę prozacu?

 – Nie, dziękuję, prozac szczęścia nie daje, jak się to ludziom wmawia. Jest to dobry lek przeciwdepresyjny, nie pomaga jednak zdrowym.

 – A’propos szczęścia. Fred Goldner, socjolog z Queens College w Nowym Jorku, zdefiniował, zapewne z nudów, na łamach „Social Problems” przypadłość psychiczną, którą nazwał pronoją. Objawowo jest ona, wg Goldnera, odwrotnością paranoi, a dotknięty nią człowiek cierpi (?) na coś w rodzaju przeżywania ogólnej szczęśliwości i ulega złudzeniu, że wszyscy stale dobrze o nim myślą. Czy pan profesor w swojej praktyce lekarskiej zetknął się z przypadkiem pronoi?

 – Tacy ludzie nie zgłaszają się do psychiatry; ale zetknąć w ogóle, to się zetknąłem. Wystarczy czasem otworzyć telewizor, gazetę…

Rozmawiała Mira Kuś

 Dziennik Polski, 27. marca 1999

 

This entry was posted in Bez kategorii and tagged , , , . Bookmark the permalink.

One Response to Rozmowy nieuczesane (3): Kolejka do psychiatry

  1. Pingback: Wypadki na drodze życia- Mira Kuś