Prawdziwa krytyka cnoty się nie boi

_images_museo-3d-112

Przeglądam właśnie materiały z mojego wieczoru autorskiego zorganizowanego przez SPP w Krakowie w 2012 roku dla promocji „Ziół i amarantów”. Dzięki przemyślanym, czasem prowokującym, pytaniom trójki moich kolegów prowadzących wieczór, znajduję tu wiele materiału, który zdaje się być ciekawy dla osób w jakikolwiek sposób zainteresowanych literaturą, sztuką (a także naukami ścisłymi!). Postanowiłam materiał ten opracować i niedługo przedstawię tutaj przynajmniej niektóre wątki z tego w gruncie rzeczy wywiadu ze mną na temat samoświadomości twórcy, jego gustów, sposobie tworzenia itp. Na marginesie tej pracy wyłaniają się sprawy poruszane podczas wieczoru, które znalazły swój wyraz także w innych moich wypowiedziach. Jedną z nich jest sprawa krytyki literackiej, a szerzej oceny utworu, dzieła sztuki. Znalazłam w swoim archiwum więcej tekstów na ten temat, jeden z nich drukuję poniżej.
Jest to głos w formie listu do „Dziennika” podczas toczącej się na jego łamach dyskusji (sesja naukowa na UJ omawiana na łamach gazety) na temat polskiej krytyki literackiej. Październik bodajże 2007r.

PRAWDZIWA KRYTYKA CNOTY SIĘ NIE BOI

Rację ma Włodzimierz Bolecki twierdząc, że krytyka literacka jest sztuką. Nie wystarczy bowiem przeczytanie tysięcy książek oraz dobra pamięć do tekstu a także sprawne władanie piórem, aby napisać o przeczytanej książce coś istotnego i odkrywczego. Tym bardziej nie wystarczy, aby odezwać się swoim głosem i przedstawić swój osobisty sąd. To wymaga nie tylko odwagi, ale przede wszystkim wypracowania tegoż osobistego sądu, także wiary we własne kompetencje, własny gust, własną intuicję. Ryzyko i odpowiedzialność wydają się nie do udźwignięcia. O ileż prościej wyczekiwać na tego pierwszego, który się odezwie i z którym będzie można się zgodzić lub nie, w zależności od tego, co będzie bardziej opłacalne –jeśli mówimy o koniunkturalistach– albo, czasem, spróbować zza cudzych pleców sformułować parę własnych zdań. Toteż niż dziwnego, że teksty krytyczne często wyglądają, jak któryś raz z kolei przeżuta guma do żucia, której nie sposób posmakować, ale która uporczywie przykleja się do spodni czy mankietów. Użycie w takim kontekście sformułowania „intelektualiści polscy”, nawet jeśli się im zarzuca „instynkt stadny”, co robi Michał Paweł Markowski, streszczając artykuł Magdaleny Miecznickiej, budzi wesołość, a raczej gorzki śmiech, bo powodów do radości nie ma. Mój Boże, przecież słowo ”intelektualista” nie oznacza kogoś, kto ma tytuły naukowe, stanowisko, a nawet szerokie horyzonty i dużą wiedzę. „Intelektualista” bez kręgosłupa moralnego i cywilnej odwagi jest jedynie karykaturą intelektualisty, a zderzenie słów „intelektualista” i „instynkt stadny” jest sprzecznością samą w sobie.
Dewaluacja słów, charakterystyczna dla naszych czasów, jest obserwowalna niemal w każdej dziedzinie życia, poczynając od polityki i życia publicznego, poprzez sale wykładowe a kończąc… chciałam powiedzieć: na języku ulicy, ale kto wie czy to właśnie nie ten, najprostszy, by nie powiedzieć–prymitywny– język jest tym, który od lat najlepiej przystaje do naszej rzeczywistości… „Ten Lis wczoraj był farbowany” usłyszałam niedawno w tramwaju komentarz pasażera do którejś z edycji programu „Co z tą Polską”. „Ta krytyka literacka” również bywa często farbowana. Przybiera barwy ochronne, stosując się do prawa mimikry (jest „mikra”, jak mówi ulica, chociaż znaczy to coś nieco innego, a mianowicie słabość, anemiczność i brak wyrazu), przybiera barwy kółek wzajemnej adoracji, stroi się w piórka demokracji i tolerancji, z wielkim wyczuciem trafiając w poprawność polityczną; o pisarzach uznanych jest dobrego zdania, pisarzy zjeżdżanych zjeżdża, pisarzy, o których się milczy, przemilcza. A żeby było jeszcze straszniej i śmieszniej niejednokrotnie posługuje się argumentami typu : „Jak pan, doktor, śmie krytykować mnie, docenta?!”, „Autorka, która z zawodu jest lekarzem, w dodatku w stanie spoczynku, zabiera się za analizę dzieł Mickiewicza…” ; ukoronowaniem tego sposobu myślenia jest oświadczenie polonistki, wygłoszone do uczniów w liceum : „Przeczytałam trzy tysiące książek i wiem lepiej. Nie dyskutować, tylko brać pióra do ręki i pisać co podyktuję, zakute pały!”.
O koteryjności krytyki literackiej, o promowaniu przeciętności w myśl zasady: dziś ja tobie, jutro ty mnie, o politycznej, a w gruncie rzeczy środowiskowej zależności (polityka bywa powodem, ale nie zawsze), o okopaniu się na uniwersytetach i „immunitecie” tytułu naukowego, o tchórzostwie krytyki, a także o jej zależności od zwyczajnych, ludzkich względów (które pochwalam), o tym, że w imię przyjaźni czy chociażby współczucia nie dokopuje się przyjacielowi, sąsiadowi czy pisarzowi, który wystarczająco oberwał, pisano już na łamach „Dziennika”. Ale koniec końców, pomijając koteryjność i nieuczciwość, najpoważniejszą „zależnością” krytyka jest jego zależność od rozumu, talentu, wiedzy i wrażliwości. A utalentowani wrażliwcy nie rodzą się na kamieniu.
Podsumowując, kwalifikacja pisarza (ten schemat zdaje się obowiązywać w każdej dziedzinie, nie tylko sztuki) wygląda mniej więcej tak:

 1) Im pisarz jest bardziej wpływowy, tym jest zdolniejszym pisarzem;
tutaj należy uwzględnić stopień namolności pisarza- czasem
molestowany krytyk nie wytrzymuje i dla świętego spokoju ogłasza,
że pisarz ów jest zdolny, nawet jeśli nie jest on bardzo wpływowy;

 2) Jeśli pisarz jest na tyle niemądry, że sam wie, co ma myśleć na temat
rozgrywających się wokół niego zdarzeń politycznych i nie tylko (ale
cóż w Polsce nie jest polityczne?), jest przez środowiska
opiniotwórcze, a przynajmniej przez ich część, z definicji uznany za
bezrozumnego, a pisarz głupi nie może być mądry;

3) Pisarz, który trzyma się na uboczu…aa tam, przecież to margines, nie
warto czytać, no bo co może ci załatwić? Jak może ci zaszkodzić?;

4) Pisarz z marginesu czasem osiąga popularność- jest to bardziej
wyrafinowany sposób krytyki na dokopanie innym, głośniejszym
pisarzom lub ich chwalcom;

5) Pisarz z marginesu czasem osiąga popularność- krytycy też miewają
sumienie;

6) Pisarz z marginesu czasem osiąga popularność- wydrukował go na
własną odpowiedzialność Jerzy Giedroyc, przeczytawszy i doceniwszy
tekst (tu można w charakterze przykładu wspomnieć bardzo dobrych
pisarzy, takich jak Leo Lipski, Andrzej Bobkowski);

7) Pisarz zawsze może mieć nadzieję na spotkanie wrażliwego,
dociekliwego, utalentowanego, oczytanego i uczciwego krytyka; co
prawda np. Emily Dickinson nie spotkała takiego za życia, ale w 100
lat po jej śmierci owszem, pojawili się (chociaż, gdy pisarz od
dawna „gryzie ziemię”, to jest już tylko „musztarda po obiedzie”, ale dobre
i to), a to oznacza, że tacy krytycy jednak może nie tyle
są, co- bywają.

This entry was posted in artykuł, Varia and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.