„Nowoczesny” kołtun polski

…gdyby Kozyra sfilmowała z ukrycia gołych redaktorów znanych gazet, gołe dyrekcje muzeów czy pochwalające tego typu praktyki gorliwe telewizyjne „autorytety” podczas podmywania w łaźniach czy łazienkach swoich sflaczałych genitaliów, masowania obwisłych piersi i zdejmowania z brzuchów pasów wyszczuplających – nie przeczę, byłoby to nad wyraz interesujące! Dla prokuratury także.

*

 Często myli się kulturę zachowania z kulturą pojmowaną jako dorobek sztuki i nauki.
Czym innym jest wulgarne zachowanie, bezpardonowa, wulgarna wypowiedź, a czym innym swoboda wypowiedzi artystycznej czy naukowej. Bywa, że ludzie, którym nie staje talentu, a którzy szukają sposobów zaistnienia w przestrzeni publicznej, próbują podszywać się pod sztukę uciekając się do skandalu (czy podpierając się szlachetnymi ideami- to działa także i w tę stronę). Ale niekoniecznie „skandalizujący” efekt zmagań artysty jest tzw. dnem, a np. utwór patriotyczny – dziełem. I tak np. „skandalizująca” Ferdydurke Gombrowicza jest świetną książką (czego nie można powiedzieć o jego paru innych „skandalicznych” utworach), podobnie freski Buonarottiego w kaplicy Sykstyńskiej są genialne, chociaż mocno „nieprawomyślne”: np. twarz budzonego do życia Adama jest twarzą młodziutkiego kochanka Michała Anioła, Bogu zaś malarz bluźnierczo przydał własne oblicze.

Niedawno znalazłam wyrzuconą przez fale Internetu notatkę, którą przed laty napisałam w obronie pierwszej wystawy Katarzyny Kozyry. Okazało się, że wycięty z gazety artykuł jest obecnie w zbiorach Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Nadal się pod nim podpisuję, i nadal uważam, że tamta „skandaliczna” instalacja Kozyry –„Piramida zwierząt”– była przejawem prawdziwej sztuki. Następne prace artystki, jak np. akty (samej Kozyry, a także pewnej starej kobiety) w stylu „Maja naga” czy, podobno „skandalizujące”, pięknie skomponowane plakaty z czerwonym półksiężycem i czerwonym krzyżem oraz z maleńką, nagą kobietą wskazywały na rozwój talentu artystki. Ale od momentu chwycenia za kamerę i zrezygnowania z płótna czy papieru na rzecz elektronicznego ekranu, zaczęło się dziać coś niedobrego. Ponieważ śledziłam poczynania artystki (zainteresowana jej pierwszą wystawą), znowu złapałam za pióro -po wystawie w Bunkrze Sztuki, lata temu (filmy z podglądania klientów w tureckich łaźniach publicznych)- i napisałam między innymi, że Kozyra powinna się zastanowić czy jest to właściwa droga, czy przypadkiem nie błądzi po manowcach.

Ja rozumiem, że Katarzyna Kozyra pokonawszy nowotwór stała się nieco inną osobą, że prawdopodobnie walka z chorobą była źródłem jej obsesyjnego zainteresowania ludzkim ciałem, jego rolą w naszym pobycie na ziemi – poprzez ciało doznajemy życia, z całą jego rozkoszą i bólem, wzlotami i poniżeniem; to ciało właśnie jest naszym dowodem tożsamości, z jego cechami szczególnymi, które czasem przez omyłkę wpisano nam w rejestr…
Ale wszystko ma swoje granice… ale cienka jest linia pomiędzy eksperymentem a niemoralnym wykorzystywaniem innych ludzi… cienka jest linia pomiędzy obserwacją a podglądactwem… a dorabianie ideologii do filmów łaziebnych nie podniesie ich do rangi sztuki. Podobnie, jak sztuką nie są (mimo pokrętnych tłumaczeń o „sztuce” naturalności) transmisje telewizyjne z domów Wielkiego Brata czy nawet sfilmowanie swojego umierania przez Farrah Fawcett.

Pierwszy artykuł, broniący młodej magistrantki sztuki z jej „Piramidą zwierząt”, z wielkim trudem, ale jednak udało mi się wydrukować. Większość redakcji reagowała: „Nie będziemy drukować obrony, mamy inne zdanie”, „Wszyscy (!-przyp. mój) mają inne zdanie” itp. Ta ostatnia wypowiedź została niedawno powtórzona w innym kontekście przez tę-że redakcję lokalnego dziennika, który kiedyś odrzucił moją obronę artystki, a z okazji niedawnej wystawy w Muzeum Narodowym „stwierdził”, że nikt (!) nie bronił Kozyry, gdy zaczynała, wszyscy (!) się pomylili, a teraz jest ona wielką, europejską artystką.
Ponieważ Kozyra jest obecnie „wielka i europejska”, a nawet zaczęła taka być już w czasach nudnej wideoinstalacji w Bunkrze Sztuki – nikt nie zdecydował się wtedy na wydrukowanie mojego artykułu poddającego w wątpliwość użycie przez artystkę kamery filmowej z ukrycia, zza filara łaźni publicznej, w celu zarejestrowania niczego nieświadomych nagich ludzi biorących kąpiel. (Manifestowane przez nich zachowania już dawno opisały psychologia i socjologia i nie da się już „wciskać” widzowi, że goła du… ma tutaj wymiar naukowo-artystyczny, a nieświadomość obiektów służy pogłębieniu rozumienia tychże zachowań). Oczywiście artykuł odrzuciła także redakcja, która kiedyś oświadczyła, że wszyscy uważają, iż Kozyra to pomyłka – „wszyscy” bowiem zaczęli uważać, że Katarzyna Kozyra jest interesująca!
No, gdyby Kozyra sfilmowała z ukrycia gołych redaktorów znanych gazet, gołe dyrekcje muzeów czy pochwalające tego typu praktyki gorliwe telewizyjne „autorytety” podczas podmywania w łaźniach czy własnych łazienkach swoich sflaczałych genitaliów, masowania obwisłych piersi i zdejmowania z brzuchów pasów wyszczuplających – nie przeczę, byłoby to nad wyraz interesujące! Dla prokuratury także.

„Wielcy, światowi” artyści w każdej dziedzinie są napompowywani w podobny sposób i nie ma innej rady, jak samemu zostać ekspertem w takiej czy innej dziedzinie sztuki, żeby wiedzieć co jest czego warte…

W każdym razie niedawna wystawa Katarzyny Kozyry w Muzeum Narodowym w Krakowie była, można powiedzieć, wielotarasowa: poczynając od poziomu wysokiego, tj. od rzeczy dobrych, poprzez niezłe, w tym żartobliwie poważne (jak np. goła wideoinstalacja „Święto wiosny” czy filmik z pokazem tresury dwóch niewolników zmysłów: Nietzschego i Rilkego), po –nazwijmy to– Tarasa europejskiego, czyli zwykłe łaziebne podglądactwo i pornografię z nocnego klubu gejowskiego z nagimi Chippendalesami. I –jak znam gust naszego dętego, „nowoczesnego kołtuna”– właśnie te ostatnie sztuczki nadały ekspozycji „europejski, postępowy” szlif. A przecież jest oczywiste, że fascynacja ciałem, jego rolą w naszym życiu itp. nie jest żadnym usprawiedliwieniem do ukrywania się w publicznej łaźni i filmowania nieświadomych tego nagich ludzi podczas ablucji; albo do propagowania, także wśród młodziutkich osób (liczne wycieczki uczniów w muzeum), filmów z grupką nagich facetów wymachujących fallusami (własnymi) ze sceny w kierunku wyjących i śliniących się transwestytów, uszminkowanych, półnagich homoseksualistów czy pomazanych tuszem do oczu wyfiokowanych drag queens.
I chociaż wystawie towarzyszyły filmy z bałamutnym przesłaniem skierowanym do młodzieży: I ty możesz być kimkolwiek zapragniesz, to jednak nawet (skądinąd całkiem niezła artystka) „europejska” Katarzyna Kozyra nie może być nie tylko śpiewaczką operową (w jednym z filmów Kozyra bierze lekcje śpiewu i w końcu wykonuje, jak potrafi, arię operową), ale i Teresą Orlowski także nie. Orlowski ze swoją „sztuką” –w końcu klasyką gatunku– nie pcha się do galerii i muzeów, ale zostaje tam, gdzie jej miejsce.

This entry was posted in artykuł and tagged , , , . Bookmark the permalink.

One Response to „Nowoczesny” kołtun polski

  1. Pingback: Współczynnik poklasku - Mira Kuś