Nie karmić małpów

Zanim zapłoną nasze biblioteki

 

joan-miro-blekit-iiJoan Miro, Błękit

Sytuacja na rynku księgarskim wreszcie zaczyna się normować. Dobre książki –tak jak być powinno—znowu są trudne do dostania. I tylko ci, którzy doceniają wagę i urodę słowa oraz potrafią poświęcić wiele czasu i zachodu dla zdobycia interesującej książki, cieszą się zasłużonym smakowaniem lektury. Znowu, jak przed laty, potrzebna jest grzebanina –tym razem nie w księgarniach czy w piwnicach u podziemnych dystrybutorów, lecz w sieci—aby zdobyć wiedzę „co, gdzie i kiedy” wyszło, jak książka jest rozprowadzana, czy wystarczą czekoladki dla pani zza księgarskiej lady, czy może należy „uderzyć” gdzie indziej, bo coraz częściej księgarnie nie wchodzą w rachubę i trzeba penetrować nie to, co pod ladą w świecie realnym, ale to, co sklepy internetowe „mają na stanie”, albo co potrafią sprowadzić dla klienta z przepastnych, księgarskich magazynów; a czasem sytuacja wygląda tak, że już tylko wystosowanie prośby do samego autora będzie jedyną skuteczną metodą nabycia książki.
Dobra literatura znowu staje się elitarna i jak wszystko, co cenne, nie jest łatwa do upolowania. Jednym słowem, miłośnik i koneser literatury nie ma lekko, lecz, jak pisał wielki czeski poeta Vladimir Holan, [„Być to nie jest rzecz lekka…] Lekkie są tylko gówna…”
Trudności w dotarciu do dobrej książki pociągają za sobą zabawne sytuacje, jak np. pisanie do mnie listów przez Zielonego Ludzika pod adresem: Misja Kosmiczna Ziemia Kraków i nazwa osiedla; m.in. z prośbą o 5 egzemplarzy „Żywych z Vistula River…” (wyd.Efemeryczna Misja Kosmiczna Art, eMKa), bo w rodzinie urodziny, imieniny, a niedługo będzie święty Mikołaj. Taki wysiłek musi być wynagrodzony – Zielony Ludzik dostanie to, o co prosi (lecz tylko 3 egzemplarze, niestety, nakład się wyczerpuje).
Ale są też sytuacje zatrważające i niebezpieczne. I tak oto Czyżyk, redaktor i prawa ręka pisarza Jerzego Pluty, musi drżeć o własne życie! A wszystko przez niezrównoważonych miłośników Czyżyka starających się o „Tysiąc pierdołek o pichceniu grochu z kapustą i kawiorem”, książki, której nie można kupić. Fani Czyżyka depczą mu po piętach, wyskakują nagle zza załomka muru, naśladują trel pani Czyżykowej, aby zwabić męża „na kolację w akacjowym gąszczu”, a naprawdę po to, aby obedrzeć go z kilku egzemplarzy „Pierdołek…”. Kogo szczególnie boi się Czyżyk? Kotów! Polują na niego w piwnicach jego spółdzielczego bloku! Doszło do tego, że Czyżyk boi się zejść do składziku pod piwnicznymi schodami po słoik kiszonych ogórków do obiadu!
Suspens rośnie, Ktoś wywiesza powiadomienia na klatkach: Proszę nie karmić kotów w piwnicach! A więc nie dość, że kot, to jeszcze wygłodzony.

_images_nie_karmic_malpow1fot. Maria Pluta, Wrocław, Zoo, 5 VII 2016

Groza się potęguje:

Czyż nie lepiej łapać czyże?

Wiemy, wiemy: kruszą się greckie marmury (Afrodyta nie ma prawej dłoni, zamiast piersi widzimy miseczkowate wgłębienia, a jej uda szorstkie jak pumeks), zzieleniały rzymskie spiże (Horacy to przewidział i budował monumenta –exegi monumentum– ze słów, lecz i łacina umarła, nawet Bóg nie rozumie wszystkich słów modlącego się do niego po włosku pontifeksa), a książki (nie wszystkie, nie wszystkie) sprzed stu lat, nawet sprzed pół wieku, rozsypują się jak próchno. Tylko twarde dyski ponoć bardziej wytrzymałe od nierdzewnej stali, ale wystarczy jedno delikatne dotknięcie małym palcem prawej (lub lewej) ręki klawisza DELETE, a tysiące zdań natychmiast ulatuje nie wiadomo dokąd.
Czyż nie lepiej łapać zimą czyże? Albo w lecie pisać patykiem na mokrej plaży? Dla analfabetów i mewek śmieszek.

Ja się nie dziwię, że polują na Czyżyka. Autentyczni filozofowie to niebezpieczne plemię!

Ofiara żywotów świętych (podsłuchane na Dworcu Głównym we Wrocławiu w maju 2006 roku)

Gdy miałam dziesięć lat, może dwanaście, najbardziej chciałam zostać świętą, ale gdy przeczytałam żywoty świętych, chyba Skargi albo innego świętego męża, to się opamiętałam: najpierw trzeba nagrzeszyć, oszukiwać, kraść jabłka sąsiadom, jak święty Augustyn, puszczać się na prawo i lewo, a potem dopiero można błagać Boga o przebaczenie, już jestem w połowie drogi: piję choć nie sprawia mi to żadnej przyjemności, jak prawdziwy alkoholik, wysiada mi wątroba, ćpam jak narkoman, klnę jak dorożkarz, a jak mnie ktoś grzecznie poprosi, to dupy nikomu nie odmawiam, możesz i ty skorzystać, dobrze ci z oczu patrzy, nie wiem, może i mam AIDS, to co z tego, syfa na pewno nie mam, badałam się dwa lata temu, wszystko to dla pożytku bożego, już wkrótce się opamiętam i będę pokutowała, za rok już mnie nie spotkasz na dworcu, a potem za ileś tam lat będą się modlić: sancta Nina, sancta Nina, Nina to moje przyszłe imię zakonne, zapamiętaj je, zapamiętaj, żywoty świętych nie kłamią: najpierw trzeba nisko upaść, nagrzeszyć, ile się da, aby się potem podźwignąć…Masz może wolną dychę?

Bezpretensjonalni filozofowie są niebezpieczni, ale jakże smakowici…

*

Cytowane fragmenty pochodzą z „Tysiąca pierdołek o pichceniu grochu z kapustą i kawiorem” Jerzego Pluty.

*

Z Codziennika:
Wart wysłuchania komentarz do naszej obecnej sytuacji geopolitycznej. Czytelnicy pamiętają, że podobny pogląd wyraziłam już dość dawno temu w PS do wpisu ”Miłosierdzie”. Jak widać niektórzy poeci i część speców od polityki rozumieją sytuację (czyli: Jest moment na odważne , długofalowe w skutkach posunięcia władzy!), ale czy rozumieją to (i mają odwagę) politycy piastujący wysokie stanowiska?, czy poprą działania ratujące Polskę wszyscy hierarchowie kościelni? Bo część narodu jeśli nie rozumie, to jednak wyczuwa, że to jest TEN moment.

 

This entry was posted in Czyżyk i Gil, notki o literaturze i literatach and tagged , , , , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.