Nazwisko proszę

Jacek-Yerka-300x270Jacek Yerka,Przesyłka Expresowa (ze strony „wspolczesnypolskisurrealizm”)

Jest rzeczą jasną, że w systemie demokratycznym, do którego pretendujemy, życiorysy osób już piastujących stanowiska publiczne i państwowe, lub starających się o nie, powinny być ogólnie znane. Nie chodzi o faktyczne czy domniemane niegdysiejsze romanse, lub sporadyczne (sporadyczne, nie nagminne) wypadki nadużycia alkoholu, albo o „szaleństwa” z rodzaju tzw. błędów młodości, ale o sprawy, które wyraźnie definiują kandydata i będą mieć wpływ na sprawowaną przez niego funkcję. Nic zatem dziwnego, że obywatele będą się interesować zdrowiem, w tym zdrowiem psychicznym i skłonnościami seksualnymi, osoby będącej np. wysokim urzędnikiem państwowym, nic dziwnego także w tym, że chcą znać pochodzenie danej osoby (proszę zauważyć, że np. prezydentem USA nie może zostać osoba urodzona poza terytorium Stanów). Niemniej obsesyjne szperanie w przeszłości każdej znanej osoby i szukanie, czy aby jej przodkowie nie nosili kiedyś innego niż ona dzisiaj nazwiska, które później z różnych przyczyn (czasem, podczas wojny, dla ratowania życia) zmienili na inaczej brzmiące, jest małostkowe i śmieszne.
Jestem rocznikiem powojennym, czasów stalinowskich nie pamiętam i jak niemal każdy młody czy to „za moich czasów”, czy obecnie, nie chciałam na ten temat słuchać niczyich opowieści. Zresztą akurat moi rodzice byli bardzo oszczędni w tych wspomnieniach, niektóre –jak postawienie taty pod ścianą na rozstrzelanie za odmowę podpisania listy folksdojczów i przeżycie własnej śmierci (patrz: wiersz „Ściana”)– były zbyt ciężkie, aby, nawet po latach, o nich mówić. W moim domu także nigdy nie dzieliło się ludzi na kategorie gorszy- lepszy ze względu na pochodzenie, narodowość, religię. Chodzi przecież o czyny, wrażliwość, umysłowość, charakter. (Co nie znaczy, że nie uważam, iż chrześcijaństwo jest najlepszą z religii : )- daje człowiekowi dużo wolności i stwarza mu rozległą przestrzeń do rozwoju duchowego i umysłowego). Dlatego kilkadziesiąt lat wstecz ba, kilkanaście lat temu nawet by mi do głowy nie przyszło, że ktoś ukrywa swoje prawdziwe nazwisko, albo że ktoś inny będzie szukać czyjegoś ewentualnego „wstydliwego” nazwiska (czasem mając ku temu uzasadnienie, czasem z czystej złośliwości). I wiersz, który drukuję poniżej nie powstał jako ironiczny komentarz do „uporczywego szukania komuś jego korzeni”, ale jako zupełnie apolityczna metafora walki człowieka o swoją tożsamość, także metafora postrzegania drugiej osoby niezgodnego z jej prawdą psychiczną; jest to również wiersz o tym, jak duże znaczenie w widzeniu bliźniego ma fakt rzutowania naszej psychiki na obserwowany „obiekt”, o tym, że często sami nie wiemy dokładnie kim jesteśmy, o psychicznym qui pro quo itp., itd.
Do przywołania tego wiersza tutaj i objaśnienia motywów jego powstania skłonił mnie fakt, że jakiś czas temu pewna osoba zacytowała na forum Wirtualnej Polski pointę tego wiersza w charakterze komentarza do artykułu o Wisławie Szymborskiej (której niektórzy forumowicze wypominali (!) niepolskie nazwisko matki). Oczywiście cytat był bez podania tytułu wiersza i jego autorki, nawet bez cudzysłowu, przedstawiony jako przemyślenie komentatorki… Cieszy mnie natomiast, że wiersz nie tylko jest nadal aktualny –z powodów ogólnoludzkich, humorystycznego spojrzenia na naszą człowieczą kondycję– ale zyskał także nowe, ironiczne znaczenie w sytuacji, kiedy wrogom naszego dążenia do wolności chodzi o podsycanie czy wręcz wywoływanie antysemickich nastrojów.

DO ŻYWYCH KTÓRZY UMARLI

sąd wzywa zaginionego (tu każdy kompetentny może wpisać swoje imię
i nazwisko) aby w terminie do 3 miesięcy zgłosił się w tut. sądzie
gdyż w przeciwnym razie może zostać uznany
za zmarłego ten mobilizujący anons
ukazał się w porannej prasie wzbudzając zrozumiałe podniecenie
wśród wszystkich zagubionych łudzącą propozycją ożywienia
poniekąd obumarłych imion oraz nazwisk mówiąc obrazowo dusz
ale pragnę zwrócić uwagę państwa na istotny szczegół:
nie zawsze występujemy pod właściwym nazwiskiem np. Prus
nazywał się Głowacki

1974 r

ze zbioru „Gdzieś jest ta oaza”, WL,1981


PS Moim PT Czytelnikom dziękuję za sygnały o naruszaniu praw autorskich. Okazuje się, że nawet motto mojego bloga zostało użyte, z malutką modyfikacją, przez pewnego blogera, jako własne przemyślenie… Korzystanie z cudzych metafor, pomysłów, z cudzej twórczości bez podawania autora, bez chociażby cudzysłowu, to w Polsce wielki problem. Nie twierdzę, że na Zachodzie tego nie robią (przypadkowo odkryłam przypadki „zrzynania” przez amerykańskich literatów z polskich poetów, i vice versa też, też (ale w mniejszym stopniu, bo obecna poezja amerykańska nie sięga polskiej nawet do pięt), obie strony mają nadzieję, że bariera językowa wystarczająco chroni). Niemniej w Polsce, po latach komuny, nie ma poszanowania dla cudzej własności intelektualnej, nawet sam termin „własność intelektualna” budzi u wielu zdziwienie. (Cóż się więc dziwić, że prace licencjackie, magisterskie, a nawet doktorskie czy habilitacyjne to wielu wypadkach plagiaty). Do tego, co sama odkryłam (np. przepisanie swego czasu słowo w słowo całej strony formatu A4 z mojej humoreski i puszczenie w eter jako własnego tekstu przez znanego satyryka) nawet nie chcę tutaj wracać, bo nie mam na to ani zdrowia, ani czasu. Z drugiej strony tego typu praktyki, chociaż głupio mi to pisać o sobie samej, świadczą o inspirującej roli mojej twórczości…

This entry was posted in notki o literaturze i literatach, wiersze and tagged , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.