Męczennicy Sztuki czyli twórczość na wagę życia

Jerzy Pluta, znakomity pisarz i kawał chodzącej historii literatury („kawał”?, Czyżyku ratuj, tu potrzeba czegoś lekkiego a ważkiego, czegoś lotnego a trwałego, piórko, które waży kilogram, grawitacja, która się zapomniała…), przysłał mi napisaną przez siebie notę nekrologową dla Ernesta Dyczka, która została zamieszczona w ostatnim numerze wrocławskich „Pomostów”. Ponieważ internetowo jest ona nieosiągalna, przytaczam ją tutaj w całości.

Seraphine Louis 4_larbre-de-vieSeraphine Louis,L’Arbre de vie

 

nota nekrologowa

ERNEST DYCZEK (1935-2014),
czyli burmistrz Autosji
i tajny konsul Księstwa Cieszyńskiego we Wrocławiu

W latach 60. Tadeusz Różewicz ogłosił ironiczny, lecz jakże prawdziwy wiersz pt. „Na odejście poety i pociągu osobowego”. Oto jego puenta:

„prawdopodobnie
odejdzie
tak
jak odchodzi opóźniony
pociąg osobowy
z Radomska do Paryża
przez Zebrzydowice”

50 lat później o śmierci poety pod koniec kwietnia 2014 roku powiadamiały nie tylko wszystkie polskie gazety, radia i telewizje, lecz także wielkie agencje światowe. Oto umarł wielki poeta, którego wiersze przetłumaczono na kilkadziesiąt języków (w tym także na chiński i hindi). Za życia otrzymał wszystkie najważniejsze polskie nagrody literackie (i wiele prestiżowych zagranicznych); odznaczano go najwyższej rangi orderami polskimi i zagranicznymi. Po śmierci Różewicza dowiedzieliśmy się, że swego czasu poeta prosił znanego wrocławskiego polityka, by wyperswadował Prezydentowi RP, by nie przyznawał mu Orderu Orła Białego. Natomiast miłośnicy twórczości autora „Kartoteki” nie mogli przeboleć faktu, że nie dostał on (choć od lat 70. XX wieku wielokrotnie był wymieniany wśród kilku „finalistów”) Nagrody Nobla. Kilka lat temu odbyła się we Wrocławiu sesja literacka pod wielce dwuznacznym tytułem (zapewne przykrym dla poety) „Czy Nobel zasłużył na Tadeusza Różewicza”? Oczywiście, że nie. Oto po śmierci poety Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego wymyślił nowy termin literacki: Różewicz to „noblista bez Nobla”.

*

O Erneście Dyczku – w pewnym sensie również jednym z kilkunastu wrocławskich „noblistów bez Nobla” – w lutym i w marcu 2014 roku (i później) we wrocławskiej/dolnośląskiej prasie, radiu i telewizji nie ukazał się ani jeden nekrolog, nie ukazała się ani jedna nota o śmierci pisarza, od 60 lat związanego z Wrocławiem. 25 lutego 2014 roku opóźniony pociąg pośpieszny, jak co dzień, odjechał do Autosji, z której nie można wyjechać (jak w powieści „Autosja”), a Księstwo Cieszyńskie, formalnie nieistniejące od 1919 roku, wciąż mianuje nowych tajnych konsulów honorowych na całym świecie.
Poznałem Ernesta w 1962 roku; wówczas debiutował on wierszem w prasie. Zaczynał przygodę literacką, jak wielu młodych autorów w latach 50. i 60. XX wieku, pisaniem słupkowych wierszy – różewiczowskim pojmowaniem codzienności, później w prozie stał się „wyznawcą” literatury kreacyjnej (jedna z jego przezw wśród znajomych pisarzy to po prostu „Kafka”).
Mogłem przez lata z bliska obserwować jak zmieniała się jego biografia, jak nieustannie rozszerzał swoje intelektualne horyzonty (brzmi to jak komunał, ale nie znajduję lepszych słów). Naukę szkolną przerwał – po wypadku w farbiarni – po drugiej klasie technikum włókienniczego; od 1954 roku mieszkał we Wrocławiu: tu ukończył wieczorowo liceum, potem przez kilka semestrów studiował na Uniwersytecie Wrocławskim bibliotekoznawstwo i filologię polską, ale najważniejsze było nieustanne samokształcenie i wielorakie życiowe doświadczenia. Jak opowiadał, pochodził z wielonarodowej rodziny: wśród swoich przodków w Księstwie Cieszyńskim miał Polaków (Ślązaków Cieszyńskich), Czechów (Morawiaków) i Austriaków. (Polecam jego powieść „Biała dama”.) Okoliczności historyczne sprawiły, że po 1945 roku został bezpaństwowcem; gdy skończył 18 lat miał do wyboru albo obywatelstwo polskie, albo Niemieckiej Republiki Demokratycznej (z możliwością natychmiastowego wyjazdu), ale nie Niemieckiej Republiki Federalnej, wiadomo wybrał PRL Pierwsze próby literackie powstawały po polsku i po niemiecku (w latach 60. pokazywał mi maszynopisowy zbiorek pt. „I bin ein Schmeterling”).
Pracował w wielu zawodach, nawet nie mógł dokładnie zliczyć, ile ich było. Pod koniec 2013 r. opowiadał mi, że właśnie dopisał do swojej listy wykonywanych zawodów (o których poprzednio zapomniał, a uzupełniał dokumenty dla ZUS-u) trzydziestą dziewiątą profesję (!). Najpierw jeszcze w bielskim technikum był farbiarzem ręcznym, potem także farbiarzem maszynowym; we Wrocławiu m.in. planistą, urzędnikiem w urzędzie miar i wag, inkasentem gazowni, handlarzem na placu Nankiera (w tygodniku „Odra” w 1959 roku ukazała się fotka anonimowego mężczyzny, będąca ilustracja reportażu o tym słynnym targowisku, wspomina o niej autor w tomie „Pierwsza wypłata” – kiedyś przewertowałem rocznik i znalazłem, polecam to zdjęcie przyszłemu biografowi), laborantem, redaktorem magazynu Politechniki Wrocławskiej, redaktorem czasopisma filatelistycznego, tłumaczem literackim, nauczycielem akademickim (przez jeden semestr w Wyższej Szkole Zawodowej w Wałbrzychu), w latach 70. XX wieku ślusarzem narzędziowym w „Pafawagu” (tylko na papierze: otrzymał roczne stypendium literackie i w fabryce, w której kiedyś pracował jako planista, pojawiał się raz w miesiącu)…
Przez jednego z wrocławskich pisarzy Dyczek nazywany był (przezywany?) – ni to żartobliwie, ni to ironicznie – „męczennikiem literatury”. Choć Dyczek mocno przeżywał nieżyczliwe uwagi i recenzje, to nie miały one większego wpływu na kontynuowanie zajęć literackich. Do ostatnich dni (mimo poważnych dolegliwości zdrowotnych) przygotowywał do druku niewydane powieści, „Dziennik” i najnowsze opowiadania.
Od grudnia 2011 roku w internecie na blogu „Ernest Dyczek” ukazywały się obszerne fragmenty powieści „Wratislavia”; ostatni raz kolejną porcję wprowadził autor 24 lutego 2014 – dzień przed śmiercią. Prozę poprzedza odautorska nota, uaktualniona pod koniec grudnia 2013 roku (lub na początku 2014), którą warto tu przytoczyć w całości. (Jest tutaj –mk).
Istnieje takie powiedzonko, że pisarze wciąż piszą po śmierci, że niekiedy ich utwory niewydane za życia zyskują większe uznanie niż wydane wcześniej. „Dzienniki” Żeromskiego ,Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Iwaszkiewicza, Białoszewskiego (i wielu innych) to nie tylko dodatki do ich twórczości, lecz również fascynująca i nieodłączna cześć ich literackiego dorobku. A ileż pośmiertnych dziel poetyckich i prozatorskich czeka na edycje? Tysiące i tysiące!
Ernest Dyczek nie mógł znaleźć wydawcy trzytomowej „Komedii społecznej” (prawie 2000 stron druku!); wiem od autora, że trylogię i zbiór opowiadań, a także „Dziennik”, pisany od 1953 roku (fragmenty z lat 50. XX wieku ogłosił na swoim blogu w internecie), pisarz w ostatnich latach życia sam przygotował do druku (w postaci plików PDF). Czy są jeszcze w Polsce wydawcy-mecenasi literatury? Podobno są, podobno, podobno…
Jak to napisał Norwid? „Nikt nie zna dróg do potomności”.
Jerzy Pluta

***

W moim „po piśmie”:

KIEDY NADCHODZI SUROWA GODZINA

Kiedy nadchodzi surowa godzina
kiedy zostajesz sam na sam z zakapturzonym lękiem
a sowa pójdźka nawołuje z bezimiennej doliny
twe mdlejące serce szuka wsparcia
w głosach tych poetów którzy za poezję
płacili życiem

bo to im słowik śpiewa tak wdzięcznie
w gałęziach nieistniejących akacji
i migdałowiec rozkwita słodko
w ciemnej krtani a deszcz jesienny
łzami bębni w ściany serca a śnieg

o, białe pola
utajona rozpaczy
serce nie zostawia nawet śladu
na białym śniegu
jedynie gdzieś w powietrzu
drży niesłyszalna piosenka
od której miękną kolana
i łagodnieją ramiona

ślady zajęcy i saren
ślady ptasich łapek
samotny koralik jarzębiny

czuwanie

Mira Kuś, Miedzy tym a tamtym brzegiem, Kraków, Collegium Columbinum

This entry was posted in Czyżyk i Gil, notki o literaturze i literatach and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.