Artykuły

 

NIEKTÓRE Z MOICH ARTYKUŁÓW:

 

 

 

 

BOSKIE ŚWIATŁO

 
Motto: „Ujrzeli gwiazdy i podążyli za nimi”

z: Papyrus-Codex Bodmer V

 Giotto - Scrovegni - -18- - Adoration of the Magi.jpg

    Ucieleśniony duch, boski blask, element jednoczący niebiańskie i ziemskie rzeczy świata, moc sprawcza ustanawiająca wszelki byt cielesny – tak pisali o świetle średniowieczni teologowie, kształtując w ten sposób utrzymujący się przez wieki pogląd na boską naturę światła, lub przynajmniej na jego bliski związek z „prawdziwą Światłością” czy w końcu – w miarę odkrywania tajników natury i ujmowania w formuły praw przyrody – na chociażby odniesienia do duchowości, wynikające w sposób naturalny z wielowiekowej historii znaczenia słowa „światło”. Światło posiada w przyrodzie pozycję uprzywilejowaną. Wynika to z jego fizycznych właściwości, a także z roli, jaką odgrywa w życiu człowieka. I nie chodzi tutaj wyłącznie o to, że dzięki światłu widzimy, ale o zaspokojenie zadziwiającej potrzeby, jaką wykazuje istota ludzka, a mianowicie potrzeby obcowania z poetycką stroną egzystencji, w czym światło odgrywa rolę centralną. Sam fakt widzenia sprawia, że zakres naszych doznań jest znacznie szerszy niż gdybyśmy żyli pogrążeni w mroku – możemy podziwiać urodę świata, a gama naszych nastrojów jest szeroka i bogata w kolorystyczne niuanse. Co więcej, nasz język staje się dużo bogatszy, bo – wyrywając się z drętwoty ograniczonego słownictwa – tworzy metafory związane z widzeniem, czyli z tym, co się nam jawi, z jawą. Poetycka natura człowieka i jego natura religijna są sobie bardzo bliskie, a nawet – myślę – tożsame.

 Od lat głoszę „herezję”, że każdy dobry wiersz (obojętne na jaki temat, nawet ten z tzw. obrazoburczych), a więc każdy dobry wiersz (w odróżnieniu od tych kiepskich) jest wierszem religijnym. Ku zdumieniu być może wielu ludzi okazuje się, że największy fizyk wszechczasów, Izaak Newton, kładł znak równości między nauką i religią. Jeśli głębiej się nad tym zastanowić, przeświadczenie Newtona nie przeczy szczególnie bliskiemu powinowactwu religii i poezji, bo poezja, podobnie do nauki, stara się usystematyzować – poprzez nazywanie – otaczający nas  chaos. Swojemu przekonaniu Newton dawał wyraz poprzez wieloletnie studiowanie Biblii i próby złamania jej kodu. Traktował bowiem Biblię jako zakodowane Słowo Boże, siebie zaś uważał za tego, który jest powołany do odszyfrowania ukrytych w świętej Księdze znaczeń. Zajmował się również astrologią, ale po latach studiów doszedł do wniosku, że astrologii nie można nazwać nauką i nie da się z niej niczego sensownego wycisnąć. Biblia natomiast w jego opinii jest dokumentem niezmiernie wartościowym, słowem Stwórcy Wszechświata. Na podstawie żmudnych studiów biblijnych Newton spisał swoją „przepowiednię” dla świata, czyli to, co genialny fizyk mógł z Biblii, traktowanej jako tekst naukowy, odczytać. Niektóre z przyszłych zdarzeń przewidzianych przez Newtona, a dokładniej – zapowiedzianych przez Biblię, a zinterpretowanych przez Sir Izaaka – już miały miejsce. Co ciekawe, przyszłość świata, wywnioskowana drogą matematycznych kalkulacji prowadzonych na tekście Biblii, jest bliska treści przepowiedni Nostradamusa. Izaak Newton „łamiąc” kod biblijny opisał także pojawienie się Antychrysta, który zwiedzie ludzi co do swojej natury i objąwszy bardzo ważne stanowisko w sferach kierujących losami świata zapoczątkuje nasz upadek i doprowadzi do Armagedonu.

Zanim nadejdą czasy antychrysta (może już są?) cieszymy się myślą, że oto znowu będziemy obchodzić kolejną rocznicę przyjścia na świat Zbawiciela. Jak się łatwo można domyślić, Nowonarodzonemu towarzyszyło zadziwiające światło. Na jednym z najpopularniejszych obrazów dotyczących świąt Bożego Narodzenia, a przedstawiającym Trzech Mędrców adorujących Dzieciątko w stajence, widzimy znak świetlny na niebie, który towarzyszył narodzinom Jezusa. „Gwiazda Giotta”, nazwana tak od nazwiska średniowiecznego malarza (Giotto di Bondone), autora fresku na ścianie kaplicy w Padwie – piękna gwiazda z długim, świetlnym ogonem – była przez długi czas brana za kometę Halleya. Przemawiał za tym jej wygląd, chociaż z drugiej strony było wiadome, że pojawienie się  komety na niebie zwiastuje niedobre wydarzenia, a przecież zapowiadane przyjście na świat niezwyczajnego Króla było wielce radosną nowiną. Dla badaczy fenomenu Gwiazdy Betlejemskiej ważnym punktem odniesienia była także data śmierci Heroda Wielkiego (4 r. przed Chr.), który, jak wiemy, zmarł niedługo po narodzinach Jezusa. Tym  samym wykluczonych zostało parę hipotetycznych interpretacji zjawiska astronomicznego towarzyszącego przyjściu na świat Zbawiciela. Wątpliwości co do tego, czy Gwiazda Betlejemska była kometą Halleya czy nie, zostały koniec końców rozwiane i to na niekorzyść komety. Jednakowoż w Roku Pańskim1301 Giotto był świadkiem przelotu komety Halleya przez nocne niebo i pozostając pod urokiem obserwowanego zjawiska namalował nad stajenką słynną gwiazdę z warkoczem, gwiazdę Giotta.

W czasie przyjścia Jezusa na świat kometa Halleya nie była z Ziemi widoczna – zbliżyła się do naszej planety w 12. roku przed Chr., tj. około 7 lat przed narodzinami Jezusa. Chrystus urodził się bowiem… w 5. roku przed Chrystusem. Ta zaskakująca data bierze się stąd, że Dionizy Mały, mnich i ojciec Kościoła,  który wprowadził nowy sposób datowania – od narodzin Chrystusa (AD = Roku Pańskiego) – pomylił się o około 6-7 lat. Konkludując, możemy powiedzieć, że Gwiazda Betlejemska nie była kometą Halleya, chociaż Giotto istotnie namalował tę kometę nad stajenką, ale – z drugiej strony – znak świetlny na niebie, odczytany przez Magów, tj.  biegłych w astronomii uczonych kapłanów z Babilonu lub Persji, jako zapowiedź narodzin króla żydowskiego, wyglądał bardzo podobnie. Co zatem widziano?

Po latach badań astronomowie doszli do wniosku, że narodzinom Jezusa towarzyszyła niezwykle rzadka potrójna koniunkcja (widziana przez nas jako zbliżenie się do siebie na nieboskłonie) Jowisza i Saturna. Trzy koniunkcje następujące po sobie w krótkich odstępach czasu miały miejsce w 7. roku przed Chr. Pierwsza w połowie marca, następna na początku kwietnia, a trzecia, tzw. wielka koniunkcja, zdarzyła się 15 września. Tego dnia planety Jowisz i Saturn wzeszły równocześnie na wieczornym niebie w odległości ok. 1 stopnia i zaczęły wspólną wędrówkę po nieboskłonie. Były widoczne przez całą noc, a odległość między nimi malała wraz z  przemierzaniem nieba aż do zlania się obu planet. Towarzyszył im ogon świetlny, który nie był warkoczem komety, ale najprawdopodobniej było to tzw. światło zodiakalne, obserwowane czasem z południowej szerokości geograficznej. Jest to światło słoneczne odbite od cząstek pyłu kosmicznego, pojawiające się na niebie w postaci stożka świetlnego. Zatem wieczorem 15 września 7. roku przed Chr. pojawił się na niebie zdumiewający obiekt: dwie jasne „gwiazdy” (planety Jowisz i Saturn) „umieszczone” na wierzchołku świetlnego stożka zaczęły przesuwać się po nieboskłonie, a rozlane światło podstawy tego stożka wskazywało dokładnie kierunek, w którym powinni się udać Trzej Królowie.


Co prawda Ewangelia wg świętego Mateusza mówi o jednej gwieździe („A oto gwiazda, którą widzieli na wschodzie, szła przed nimi, aż zatrzymała się nad miejscem, gdzie było dziecię”), ale po pierwsze, planety były bardzo blisko siebie i można je było ostatecznie uznać za jeden obiekt, po drugie, odnaleziono starsze źródło, a mianowicie tzw. Papyrus-Codex Bodmer V (obecnie w bibliotece watykańskiej), który powiada: „ […] ujrzeli gwiazdy i podążyli za nimi”. Według najnowszych naukowych ustaleń data narodzin Jezusa przypada na marzec 5. r. p. Chr., a potrójna koniunkcja Jowisza i Saturna była tym zjawiskiem, które „postawiło na nogi” perskich znawców astronomii. Z zapartym tchem obserwowali niebo czekając na wyraźny znak i doczekali się – w dwa lata od koniunkcji, w marcu 5. r. p. Chr., wybuchła na niebie tzw. nowa, której pojawienie się i dwu i pół letnie trwanie zostało bardzo dokładnie udokumentowane przez Chińczyków. „Nowa” jest nową gwiazdą, która powstaje z gwiazdy starej, niewidocznej z ziemi, przez wybuch termojądrowy o takiej sile, że gwiazda , której „nie było” rozbłyska nagle bardzo silnym światłem. Dla Trzech Króli był to znak, że mają ruszyć w drogę. Wyruszywszy gdzieś z Mezopotamii dotarli Mędrcy do Jerozolimy. Tam, jak wiemy, odwiedzili króla Heroda, a następnie, idąc za światłem, dotarli do oddalonego o 10 km w kierunku południowym Betlejem. Było to w maju, może w czerwcu w 5. roku przed chrześcijańską  erą.

Noc z 24 na 25 grudnia jest umowną datą narodzin Chrystusa. W naszym klimacie mamy wtedy zimę i jeśli pogoda nie spłata figla, ziemia, otulona śniegiem, jest pogrążona w srebrnej ciszy, a na ciemnym niebie błyszczą niezliczone gwiazdy. Wychylmy się w tę świętą, wigilijną noc ku światłu, ku niebieskim sferom. „Ujrzeli gwiazdy i podążyli za nimi” – pójdźmy wszyscy do stajenki, do Jezusa i Panienki. Prowadzi nas Światło.

MK

Obraz-fresk: Giotto di Bondone, Pokłon Trzech Król, Kaplica Scrovegnich

Także w:  krakowskie „Wiadomości” ,nr grudniowy 2012

 

NIEUFNOŚĆ I WIARA

 Katarzyna Kobro, Kompozycja wisząca

     Grzegorz Białkowski był „regularnym” fizykiem, był także „regularnym” poetą. Bo poetą – wbrew znanemu powiedzeniu– się nie bywa, ale się jest. Mowa oczywiście o poetach z Bożej łaski, a nie o ludziach, którzy pisują wiersze, czasem wcale niezłe. Być poetą znaczy być powołanym – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – do Prawdy (także tej przez małe „p”) i w powołanie to włożyć cały wysiłek: opanować do wirtuozerii instrument języka, aby chociaż w przybliżeniu zwerbalizować to, co tkwi w sercu i w głowie, czym nasiąknęła nasza dusza i co domaga się przekazu, podania dalej. Całkowite zanurzenie w życiu, a jednocześnie  ciągła wrażliwość na sygnały z „wyższych sfer niebieskich”, gotowość do przefiltrowania ich przez naszą osobowość i  stała dyspozycyjność wobec Tajemnicy jest tym, co decyduje o byciu poetą. I tym, co przedstawia kolosalną trudność, bo chodzi o ekwilibrystyczną wręcz umiejętność przyzwolenia na „pomieszanie” własnych zmysłów i „jasnowidzenie” przy jednoczesnym „trzymaniu się ziemi”. Bywa, że poeta milknie, otaczająca go rzeczywistość wytrąca mu z ręki pióro (dzisiaj lepiej powiedzieć: klawiaturę), ale poetą nadal jest, z tym, że cierpi mocniej. Bo to, że poeta cierpi jest chyba oczywiste – świadomość zawsze rodzi się w bólu, wrażliwość zawsze jest źródłem cierpienia, a odwaga posiadania własnego zdania (autentyczny poeta jest niezależny) jest najkosztowniejszym luksusem na tym świecie.

    Dyspozycyjność poety wobec znaków „na niebie i ziemi”, jego emocjonalność i sposób reagowania są trudne do pogodzenia z emocjonalnością fizyka. Ponadto zarówno praca naukowa jak i praca w eterycznych rejonach ducha, o ile traktujemy je poważnie, zawłaszczają umysł i serce, nie mówiąc już o czasie, do tego stopnia, że wydaje się niemal niemożliwe, aby i w jednej, i w drugiej dziedzinie osiągnąć wysoki poziom.

    Grzegorz Białkowski był dobrym fizykiem i dobrym poetą. Tutaj muszę dodać, że fizyków, co do których znamienita większość kolegów po fachu zgodziłaby się, iż prezentują klasę europejską, nie ma aż tak wielu. Białkowskiego jego znakomici koledzy–uczeni zaliczali do fizyków Europy, przy czym nierzadko z ich ust padało stwierdzenie: – To dziwny człowiek. Okazuje się, że rasowy fizyk, owładnięty bez reszty nauką, z trudem przyjmuje do wiadomości fakt, że ktoś, kto emocjonalnie jest fizykiem może jednocześnie uprawiać sztukę, a zwłaszcza poezję. Przywołajmy tutaj największego, myślę, fizyka wszechczasów Izaaka Newtona. Otóż o klasycznej rzeźbie greckiej Newton mawiał z pogardą laika: kamienne lalki. Ale przecież i on, chociaż nie cenił sztuki, był „człowiekiem dziwnym”. Zgódźmy się zatem, że spora część fizyków i jeszcze większy odsetek poetów to ludzie „dziwni”, jakkolwiek zarówno ci dziwni, jak i ci normalni (?) zapewne nie zaprzeczą, że chociaż reżim pracy jest w obu dziedzinach odmienny, to i fizyka, i poezja jest sposobem poznania świata. Ponadto każdy dobry fizyk po przekroczeniu pewnej granicy zaawansowania bezwzględnie uruchamia wyobraźnię i swoistą intuicję ukształtowaną ścisłym myśleniem. Że wyobraźnia i intuicja to podstawowe walory poety, mówić nie trzeba, z tą jednak uwagą, że kształcenie tych zalet u poety przebiega inaczej; ale już skonstruowanie wiersza, jako spójnej całości, wymaga jeśli nie zawsze ścisłego myślenia, to jednak w końcowej fazie trzeźwego osądu.

    Wróćmy do zdania: [Jak] …ktoś, kto emocjonalnie jest fizykiem, może jednocześnie uprawiać sztukę, a zwłaszcza poezję? Dlaczego „zwłaszcza poezję”? Otóż cechą dobrej poezji jest m.in. to, że jej słowa niosą ze sobą wiele znaczeń i że w ostateczności jej sensy i emocje są filtrowane, czasem wzbogacane, przez umysł i uczuciowość czytelnika. Dobry artykuł naukowy natomiast czy dobry wykład wygłoszony przez fizyka charakteryzuje się m. in. tym, że wypowiedzi i użyte słowa są jednoznaczne. Czasem do tego stopnia, że niektórzy fizycy zawsze wiedzą, co w uprawianej przez nich dziedzinie nauki jest piękne, a co nie…

    Z tej sprzeczności interesów poety i fizyka, a leżącej w sposobie porozumiewania się z czytelnikiem czy słuchaczem powstała, przypuszczam, siła motoryczna poezji Grzegorza Białkowskiego. W wierszu XVI z tomu Przemienienie znajduję takie oto wyznanie: „jest pożądanie/ oglądu słów”. I kiedy czytam Białkowskiego poetę przez cały czas, gdzieś na granicy świadomości i nieświadomości, mam obraz mężczyzny siedzącego przy biurku i oglądającego pod mikroskopem… słowo. Zmieniającego przy tym długość fali świetlnej, rząd powiększenia; oglądającego słowo na przemian: to wypreparowane z języka, to znowu w próbce języka. Z kontrastem i bez kontrastu. „Zanim się spostrzegłem nastąpiła noc// rzekłem słowo/i/ stała się ciemność// nie rozumiem go: jest/ międzybytem/ jest rozbijaniem namiotu/ między mną/ a gwiazdami atomów/…” Poeta patrzy w przestrzeń, orientuje się, że, mówiąc umownie, za jego plecami stała się noc. Ale dla jego umysłu staje się ona dopiero wtedy, gdy ją nazwie. I tu następuje momentalna zmiana perspektywy: z gwiezdnej na mikrokosmiczną, skok z Kosmosu świata do atomu słowa. Istnieje bowiem „pożądanie” dokładnego przyjrzenia się stwórczemu słowu. Te skoki perspektywy są dla poezji Białkowskiego charakterystyczne – jest to m.in. chęć uchwycenia słowa na „gorącym stwarzaniu się”, słowa, które poeta nazywa „międzybytem”. I „międzybytu”, który poeta chce zrozumieć, przydając mu słowo. Stąd z nagłych zmian perspektywy podczas lektury tej poezji niejednokrotnie bierze się uczucie, że oto znajdujemy się w środku ruchu.

    Wracając do „stwórczego” słowa nie sposób nie myśleć, że słowo posiadające moc stwarzania samo zostało stworzone przez ludzki umysł – popatrzyłem, jest ciemno, zatem mówię: noc. Podobnie, wchodzę do gabinetu, patrzę i mówię: krzesło. Ktoś kiedyś noc nazwał nocą, krzesło krzesłem. Ale, mój Boże – myśli fizyk – w jakich warunkach, przy jakich założeniach? Istnieje zatem problem: „do czego zbliża się krzesło/ gdy na nie patrzę”. To znaczy, że także moje patrzenie może zaburzać stan rzeczy? Moje patrzenie może zaburzać stan słowa przypisanego rzeczy? Bo to, że moje nazywanie, moje słowo zaburza rzecz jest jasne jak… no właśnie. Przychodzi tutaj na myśl i Heisenberg z jego zasadą nieoznaczoności (działającą co prawda w innych warunkach) i Platon z jego światem idei. W tym samym wierszu, dalej, poeta pisze: „…nawet pod mikroskopem/ cóż/ struktura włóknista/ (…) a dogrzebać się do/ bicia serca krzesła/?//może jest nim pulsowanie wszechświata/…”.

    Gdzieś, między niepochwytnym kosmosem znaczenia a atomem słowa jest rozdarty, cierpiący człowiek, który szaleńczo pragnie doznać Całości.

    Czyż  nie tutaj leży przyczyna wielkiej fascynacji Grzegorza Białkowskiego lasem, który pojawia się w wielu jego wierszach? Las dla poety „brzmieniem jest/ ust składaniem/ słyszeniem całości jego/ śpiewnej która las nie jest/ choć w tym się zaokrągla// tożsamość jego/ wielopienna światłem gdzieniegdzie/ przenikniona i już/ szum//gdy dobrzmi/ wiem kim był// znaleźć/ brzmienie pniom//dobrzmienie/ sobie”. Bardzo lubię ten fragment, to misterne sformułowanie naszej niemożności, która poprzez fakt ujęcia jej w słowa przestaje po części być bezsilna. Zresztą las… Kogóż las nie pociąga? Las, mówiąc komputerowym slangiem, to „awatar” śmierci według Junga. I właśnie w lesie, „w ciszy lasu tu/ rosną odpowiedzi/ na które nie ma pytań” (z mojego wiersza pt. Jak dziecko).

    Tak, poezja Białkowskiego nie należy do łatwych. Ma z nią kłopoty nie tylko tzw. prosty czytelnik, ale i tzw. prosty pisarz. Wyrazem tego jest rzadkie komentowanie tej poezji; bo trudno komentować coś, co jest skomplikowane, a i trudno komentować poetę, który wymyka się etykietom – ni to ewidentny fizyk, ni to ewidentny poeta. Podobny los spotyka poetów, którzy przy całym tragizmie zawartym w ich utworach posiadają jednocześnie poczucie humoru, w dodatku humoru wyrafinowanego, któremu dają w piśmie wyraz – a tu czytelnik czy krytyk nierozumiejący subtelności ani ironii domaga się zdecydowania: albo załamywanie rąk, albo mrużenie oka, inaczej takiemu nie wierzymy. A tymczasem, tymczasem człowiek pełny, to człowiek wewnętrznie bogaty, człowiek, który nie jest, nazwijmy to, monoemocjonalny, ale potrafi stroić i w dur, i w mol, może i jest specjalistą w jakieś dziedzinie, ale nie jest „skończonym” specjalistą, ma głębokie wykształcenie, ale bywa po ludzku głupi, albo może i jest prostaczkiem, ale jego epifanijne konstatacje nie mają sobie równych… „(…) na szczęście jestem. całością z tym zza drzwi// zza okien zza oczu” – powiada Białkowski.

    Jak wiadomo czytanie poezji ze zrozumieniem wymaga wcześniejszego przygotowania, tak jak np. spotęgowanie jakieś liczby wymaga uprzedniej nauki mnożenia. Ale poezja Grzegorza Białkowskiego ma wymagania większe – potrzebuje umysłu zdyscyplinowanego, który przeszedł trening logicznego myślenia. Owszem, można się spierać co do tego na ile sztuka  może być  hermetyczna, wypreparowana z „mięsa” codziennego życia. Osobiście uważam, że podstawą sztuki są emocje. Poezja wymaga odbiorcy wrażliwego i w jakiś sposób przygotowanego, chociażby przez częste czytanie. Ale nie jest tak, że dobra poezja nie jest w stanie trafić do osoby z poezją nieobeznanej, ale wrażliwej. Taka bowiem poezja, nawet skomplikowana, odwołuje się do uczuć. Czytelnik nie musi wszystkiego zrozumieć, by serce drgnęło. Nie musi do końca odczytać intencji Białkowskiego, by posłyszeć szum lasu i zobaczyć światło prześwitujące między liśćmi.

    W 2002 roku, w siedemdziesiątą rocznicę urodzin Grzegorza Białkowskiego, jego przyjaciel, także już nieżyjący poeta Marian Grześczak, zorganizował w Warszawie spektakl teatralny poświęcony Białkowskiemu. Na scenie eksperymentalnego teatru Jolanty Lothe i Piotra Lachmanna miałam zaszczyt wystąpić z opowieścią o Poecie i jego poezji. Wystąpienie to było transmitowane przez II program Polskiego Radia oraz drukowane w „Twórczości”. Na kanwie tamtej opowieści spisuję tych parę przemyśleń dotyczących poezji śp. Grzegorza, tym razem w osiemdziesiątą już rocznicę urodzin Poety.

    W tym miejscu zmienię na chwilę perspektywę, aby nieopatrznie nie zagłaskać i nie uklepać grobu Poety. Mam parę listów od Grzegorza Białkowskiego, parę razy zetknęłam się z nim osobiście – to niewiele, ale zdążyłam zauważyć, oprócz dobrodusznej natury, to zadziorne spojrzenie, ten błysk w oku w momentach, jak na prawdziwego badacza-przyrodnika i badacza-poetę przystało, kiedy pojawiało się intelektualne wyzwanie, kiedy występowała różnica zdań. Otóż znalazłam w dorobku Poety wiersz, w którym podmiot liryczny z przymrużeniem oka patrzy na mędrkujących uczonych i mędrkujących artystów (można mniemać, że Poeta-Fizyk w ten sposób poddawał próbie również samego siebie):

sięgnijmy do wokabularzy

weźmy w rękę tom w skórze

(…)

lecz pod okładką znajdzie się kartkę czyjąś

„sprawdzić wiarę czyniąc ją”

sprawdzić? wiarę? czyniąc? ją?

 

sprawdzić? zakłada istnienie

prawdy. więcej

zgódźmy się, prawdy nie w sobie prawdy dla nas

skanalizowanej

sylogizmem. prawem podstawień, prawem. zasadą

aksjomatem. tak, aksjomatem. jeśli to.

co ku czemu. co z czym. to gdzie

lecz prawda

wzięła się pod boki śmieje się

z czarnego pająka sprzeczności

chyba czujesz: na obrzeżu skóry

w opuszkach palców w naciągniętych

strunach ścięgien; tak, powiedz:

na szczęście jestem. całością z tym zza drzwi

zza okien zza oczu. wtedy

nie przerazi cię co dostrzegasz

(…)

 

    Chodzi mi o zdanie „sprawdzić wiarę czyniąc ją”. Wbrew temu, co podmiot liryczny początkowo powiedział zaczepnie na powyższy temat, Grzegorz Białkowski zarówno na polu fizyki jak i na polu poezji atakował cytowane zdanie jak rasowy badacz przyrody: całościowo i wprost. Sofizmaty i logiczne ozdobniki zostawiając sofistom. Jak to rozumiem? Jeśli chodzi o fizykę posłużę się przykładem z historii tej nauki. Obliczenia matematyczne doprowadziły do punktu, w którym albo większość tego, co fizycy do danego momentu zrobili bierze w łeb, albo wierzymy, że istnieje dotąd nieodkryta cząstka elementarna o takich to a takich własnościach. Dla „sprawdzenia tej wiary” fizycy obmyślają doświadczenie, które pozwoliłoby cząstkę tę wykryć. I wykrywają. Neutrino. Jeśli zaś chodzi o poezję, to credo Grzegorza Białkowskiego, sądzę, było takie:

wierzę, że nawet z nie rozpoznanych dostatecznie słów, słów, które nie są „dziewicze” stworzę małą całość z Sensem w tle, i sprawdzę tę wiarę pisząc dobry wiersz.

MK

Na zdjęciu: Katarzyna Kobro, Konstrukcja wisząca 1921/1922, autor fotografii nieznany, z sieci

Artykuł zamieszczony także w „Fotonie”, wiosna 2013

 

 TAM GDZIE RODZI SIĘ SŁOWO

(O pisarstwie Herty Mueller)

 MIRA_KUŚ_ZORZE_CHMURY2

     Oddech jest męką, spojrzenie jest męką, słowa są męką, milczenie jest męką, nawet „szczęście w głowie”, które odczuwa się podczas jazdy motocyklem przez kukurydziane pola jest szczęściem, które dławi. Zimna, mglista pogoda przygnębia i tłamsi, ale pełen udręki jest także upalny, letni dzień. Przytłacza deszcz i śnieg, odbiera oddech mgła i odbiera oddech gorące słońce. Nigdzie lekkości, nigdzie nadziei, nigdzie odrobiny beztroski, a jeśli śmiech, to taki, pochodzący z dna goryczy, taki, że nie wiesz czy to śmiech, czy to rzężenie. Jeśli czasem z opisu wyłoni się obraz ciepłego, południowego kraju z bezchmurnym niebem i zamajaczy nadzieja  na odrobinę wytchnienia, zaraz zakrztusi się ona białym, rozpalonym piaskiem, podniesionym właśnie przez wiatr z drogi upalnego i suchego Południa, aby sypnąć nim w twarz czyjejś samotności. W oczy czyjegoś lęku, błąkającego się po pustych drogach, po pustych, chociaż ludnych ulicach. Samotność i nieufność, które tkwią w żywych są tak dojmujące, że stwarzają przepaść między jednym człowiekiem a drugim. Zewsząd zieje pustka. Samotni i pełni lęku są wszyscy- gnębieni i gnębiciele, śledzeni i śledzący, ci, na których się donosi i donoszący. Panicznie boi się także dyktator. Boi się swoich zaufanych współpracowników, towarzyszy partyjnych, boi się swojego narodu. Boi się nawet „szczerości” przyrody- na trasie przejazdu tyrana jesienią żółte liście farbowane są na zielono. Im bardziej się boi, tym jest okrutniejszy. Jak to przetrwać, jak przeżyć? Ludzie są na wpół martwi. Właściwie przypominają zombies, ślepe ciała owładnięte instynktownym, nieopanowanym lękiem i pożądaniem. Aż dziwne, że mają imiona; że mają jakieś domy, z których pochodzą, że miewają miejsca, do których wracają.

Czas właściwie nie płynie, najczęściej niemrawo kręci się wokół osi jak jakiś dziwaczny lokalny wir; albo leży; bezsilny, zaszczuty, najwyżej obracając się z boku na bok, po to, żeby  przed oczami znaleźć tę samą ścianę.

Czytanie Herty Mueller jest jak założenie sobie pętli na szyję i obserwowanie swoich reakcji. Bezwzględne przyglądanie się ostatnim uczuciom, ostatecznym spostrzeżeniom, które napływają do głowy w chwilach oczekiwania na nieubłagany moment usunięcia się ziemi spod stóp. Bardzo trudno zachować dystans wobec czytanego tekstu; w pewnym momencie czytelnik łapie się na tym, że cały tkwi w emocjonalnym świecie pisarki. Bo Mueller nie analizuje przyczyn ani nie tłumaczy mechanizmów, Mueller przede wszystkim chce dać świadectwo. Rzadko używając czasu przeszłego, nie uciekając się do rozbudowanej refleksyjnej narracji pokazuje uczucia in statu nascendi, przedstawia to, co człowiek w danej chwili czuje, jak widzi i myśli, żyjąc w świecie przemocy i terroru, w świecie wszechogarniającego lęku i braku nadziei.

Gdy strach i ból stają się nie do zniesienia, emocje instynktownie zmieniają znak i pojawia się ich przeciwieństwo: zapiekła twardość, czasem wręcz brutalność, język chłodny i precyzyjny jak skalpel na otwartym „sercątku”- tak pisarka początkowo nazywała instynkt życia (później dziecinne „sercątko”, słowo używane przez babcię pisarki, przechodzi w „króla”, tego, który „się kłania i zabija”). A gdy komuś brak na to sił i odwagi, pozostaje  samobójstwo lub ucieczka w alkoholizm albo seks; bo trudno powiedzieć- w miłość, świat ludzi jest u Mueller przesiąknięty seksem; seksem traktowanym jako środek odurzający, środek na zapomnienie a także jako waluta, którą można wkupić się do kręgu ludzi lepiej zarabiających, opłacić graniczny przemyt czy dostać za nią odrobinę żywności- w krzakach nad rzeką „zarobić” na przyniesione w teczce zawiniątko najpośledniejszych ochłapów dopiero co ukradzionych w zakładach mięsnych. Seks jest także znakomitym narzędziem do manipulowania ludźmi, wykorzystywania ich strachu i wstydu, do poniżania ich, tak że nawet trudno powiedzieć, iż świat ludzi upodabnia się do świata zwierząt. Seks jest tutaj ponury i przygnębiający, podobnie jak alkoholizm, którym dotkniętych jest  wiele osób z opowieści Herty Mueller.

W Polsce książki tej rumuńsko-niemieckiej pisarki wychodzą w odwrotnej kolejności niż zostały napisane. I bardzo dobrze, bo Mueller weszła na nasz rynek późnym „Sercątkiem” (z r.1994)i zbiorem esejów „Król się kłania i zabija” (z r.1997). W utworach tych osiąga ona językową maestrię a efekt jest piorunujący- Herta Mueller należy do tych nielicznych pisarzy, których każdy z nas może policzyć na palcach jednej ręki, tak wyrazistych, tak odkrywczych i tak prawdziwych, że po jednej książce zapamiętuje się ich na całe życie. Ostatnio wydane, a napisane około dwadzieścia lat temu „Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie” czy „Niziny” mimo niewątpliwych zalet plasują się nieco poniżej językowego szczytu Mueller; trochę irytuje w nich maniera polegająca na powtarzaniu tego samego podmiotu w wielu następujących po sobie zdaniach. Zapewne chodzi o uzyskanie efektu wyobcowania osoby, o której mówi tekst, ale kwestię tę można rozwiązać znacznie lepiej, co zresztą sama Mueller pokazuje w swoich późniejszych książkach. Nie będzie też zaskoczeniem konstatacja, że tymi obsesyjnie powtarzanymi imionami, z którymi trudno sobie poradzić i o które tekst się rozbija są „ojciec” i „Windisch” (którego powieściowa biografia i cechy osobowościowe nieodparcie przywodzą na myśl ojca pisarki)…

Język Herty Mueller (z okresu jej dojrzałości pisarskiej) jest precyzyjny, oszczędny, twardy, nazywający rzeczy po imieniu, można by powiedzieć, że wręcz okrutny, lecz jednocześnie jest on bardzo czysty, dźwięczący prawdą, bez jednego fałszywego tonu. A przy tym jest to język poezji i magicznych znaczeń. Takiego bezwzględnego języka może użyć tylko odważna chłopska córka, wychowana w gospodarstwie wiejskim i przyuczona do bezwzględnych zapasów z naturą, której trzeba wydrzeć plon , gdzie nie ma miejsca na strzępienie języka po próżnicy i gdzie na ogół nie ma miejsca na sentymenty; biorąc chociażby stosunek do zwierząt- nie są one domowymi ulubieńcami, lecz służą albo do pracy, albo do zarżnięcia. I jednocześnie takiego magicznego, poetyckiego języka może użyć tylko znakomita pisarka, która dzieciństwo spędziła na wsi i nasiąkła przyrodą, która nie tylko zwyczajnie, rozumowo wie, ale której ciało posiadło intuicyjną wiedzę o tym gdzie kolba kukurydzy ma swój korzeń, skąd czerpie soki liść wiszący na drzewie i podobnie: gdzie rodzi się słowo.

Jednakże duszna atmosfera, która tłamsi wszelkie kolory i sprawia wrażenie, że opisywany świat jest bezbarwny, szary i zakurzony to już „zasługa” totalitaryzmu i ciążącej na Hercie Mueller zmazie z powodu ojca esesmana, zapijającego swoją pamięć o przeszłości. Kolor, który na obrazie, także tym „malowanym” piórem, jest reprezentantem emocji, w prozie tej jest w zasadzie nieobecny, pomimo odwoływania się doń, tu i ówdzie, przez pisarkę. Świat ludzi zgnębionych strachem i terrorem jest światem lęku i beznadziei, pogrążającym się w coraz ciemniejszych odcieniach szarości światem depresji i nerwicowych reakcji. Toteż pojawiające się czasem wobec autorki „Dzisiaj wolałabym siebie nie spotkać” zarzuty, iż uporczywie tkwi w odległej przeszłości totalitarnego państwa, przeszłości, która współczesnemu czytelnikowi jawi się jako odległa kraina księżycowa, są naiwne- proza ta jest równie dobrym dokumentem życia w państwie rządzonym przez tyrana, jak i metaforą świata ciężkiej nerwicy i depresji, chorób cywilizacyjnych rozprzestrzeniających się w szybkim tempie, a będących, w skrócie, odpowiedzią na okrucieństwo otaczającego świata.

A poza tym, czy naprawdę czas rozgrywający się w powieściach Mueller, to czas miniony?

W jednym z esejów ze zbioru „Król się kłania i zabija” autorka pisze:

„W Rumunii, w Timiszoarze, gdzie mieszkałam aż do wyjazdu z kraju, jest dzisiaj wielka fabryka przetwórstwa owocowego. Właścicielem jest mężczyzna aresztowany wtedy w Berlinie z powodu przyjmowanych przez niego zleceń morderstw. „Wietrzny” z „wtedy” jest dzisiaj jednym z przedsiębiorców, bankierów, polityków, profesorów, którym pozycja w czasach dyktatury umożliwiła wykorzystanie kapitału i wpływów przy starcie do gospodarki rynkowej. Ówcześni naganiacze strachu prowadzą kraj do Europy”.

Mira Kuś

Całość w miesięczniku „Znak” (w poprzedniej jego wersji)

 

HRABAL I KOTY

 

Ten smutny komik, „król komików”, jak sam siebie nazywał, szedł przez literaturę na koniuszkach palców**) stwarzając lekkie, surrealistyczne obrazy podszyte tęsknotą i melancholią, z delikatnie zarysowanym bólem istnienia i heroizmem życia. O tym, co drzemie na dnie duszy klowna, Bohumil Hrabal decyduje się mówić otwarcie dopiero za sprawą kotów.
Koty zawsze były miłością Hrabala, pojawiają się na kartach niemal wszystkich jego dzieł, ale dopiero w „Auteczku” (to imię jednej z kotek), prozie z 1983 roku, autor przedstawia głęboki konflikt emocjonalny narratora (w domyśle samego Hrabala), w który popadł był za widoczną przyczyną kotów. To koty sprawiły, że niemal kafkowskie poczucie winy, winy niezawinionej, wpisanej w ludzkie istnienie, za którą człowiek musi zostać ukarany, a którą Hrabal, jak sam wyznaje, dręczony był od wczesnego dzieciństwa, zostało w pewnym momencie urealnione- wina stała się konkretna i wydawało się, że można ją odpokutować.
Otóż w swoim wiejskim domku pod Pragą, w Kersku, bezdzietne małżeństwo Hrabalów hodowało swoje koty, z początku pięć, a w ostatnich latach życia Hrabala już 24! Latem pisarz mieszkał na wsi z kotami, zimą zaś codziennie rano przyjeżdżał z Pragi do Kerska, aby nakarmić swoich podopiecznych i popracować przy biurku w wiejskiej ciszy, która za sprawą stada kotów przestała być ciszą, a stała się piekłem kocich awantur i figli oraz ciężkim od przytłaczającej niepewności – co dalej?– milczeniem.

”Pisałem te swoje teksty, maszyna stukała, musiałem się spieszyć, nigdy nie miałem czasu, żeby dbać o stylistyczną poprawność tekstu, musiałem pisać szybko, żeby móc się poświęcić kotom, ponieważ wszystkie, nawet kiedy leżały z zamkniętymi oczami, patrzyły na mnie przez szparkę (…) A kiedy już musiałem wracać do Pragi, jak już się ubierałem, wtedy koty pokorniały, smutniały (…) kładły się każdy na swoim krześle, niezwykle grzecznie, że niby takie posłuszne będą, żebym tylko nigdzie nie wyjeżdżał (…) A w Pradze zdarzało się tak, że kiedy już byłem na dnie, kiedy już nie mogłem pisać i nie mogłem powrócić do równowagi, wypełniony strachem, samotny wskakiwałem do autobusu, i przez cały czas godzinnej jazdy przez zasypaną śniegiem krainę paraliżowała mnie myśl, czy koty są jeszcze na świecie, uginały się pode mną kolana, kiedy wysiadałem i szedłem aleją…”. Lecz na miejscu ”cały sztywniałem i zacząłem dostrzegać bezsens tego, że przyjechałem, że Kersko nie jest dla mnie tym miejscem, o którym wszyscy moi przyjaciele mówią, że to idealne miejsce do pisania, że mnie się tak powodzi, kiedy posiadam dwa mieszkania, jedno w Pradze i jedno w Kersku…prawda była inna. Kiedy w tym czasie przebywałem w Pradze lękałem się, co też te moje koty robią, i nie mogłem pisać ze strachu, że są głodne, że są tam i same…a kiedy jechałem do Kerska, wymyślałem sobie z kolei, dlaczego nie zostałem w Pradze, przecież tutaj także nie mogę pisać, zaczęła do mnie docierać racja mojej żony…Co będziemy robić z tyloma kotami?”
I kiedy znowu narodziło się dziesięć kociąt, sześć z nich Hrabal uśmiercił, powodowany zarówno bezradnością, jak i odpowiedzialnością. „Będę musiał wykonać tę katowską pracę (…), ja który kochałem koty, więc ja byłem także tym, który je musiał likwidować”. Narrator, który nazywa się tak, jak i pisarz, Bohumil Hrabal, miał tak uporczywe i silne wyrzuty sumienia, że wina urosła do winy Raskolnikowa ze „Zbrodni i kary”. Dopiero wypadek samochodowy, z którego Hrabal niemal cudem uszedł z życiem przyniósł mu pewną ulgę i częściowe odkupienie winy. Chociaż Hrabal lubił żartować z czytelnikiem i, jak twierdził, posługiwał się „uściślającą fantazją”, dane biograficzne oraz wypowiedzi pisarza w paru głośnych wywiadach wskazują, że narrator i pisarz, to w zasadzie ta sama osoba- świadomy pisarz, który wie, że cierpienie bywa inspirujące.
Po śmierci przyjaciół, stryja Pepina (którego dobrze znamy z opowieści Hrabala) oraz oddanej mu żony osamotniony Hrabal coraz częściej rozmyślał o przepowiedni kerskiej wróżki Marzenki, która kiedyś powiedziała mu, że zostanie pisarzem, ale też przyjdzie na niego taki czas, że powiesi się na wierzbie, rosnącej na jego parceli. Z tego to powodu któregoś dnia, dawno temu, Hrabal obciął swojej wierzbie wszystkie gałęzie. Bo gdyby jego zabrakło, kto nakarmiłby koty? Koty, które kochał, ale i nienawidził za to, że „żądały” od niego zbyt wiele.
Stosunek Hrabala do kotów był niemal transcendentny: „Człowiek młodnieje jedynie w oczach zwierząt, staje się młodszy dzięki temu, że żyje na koszt żywiołów… Wobec obumierającego ciała jestem tak trochę nieśmiertelny…”. No i przecie, w gruncie rzeczy, „nie chcę się wieszać, chcę jeszcze coś napisać”- czy to też kocia sprawka? Bo na pewno „zbawiony zostanę tylko dzięki miłości do kocurów, chociaż każdego dnia najchętniej bym je zastrzelił, ale kto nie chciałby zastrzelić Boga, gdyby Go można było trafić”.
Epilog dopisało samo życie: starość, choroba, samotność i depresja okazały się w końcu silniejsze od woli istnienia i Bohumil Hrabal, przebywający długi czas w szpitalu, 3.lutego 1997 roku „wyfrunął’ na bruk, karmiąc ze szpitalnego okna gołębie, jak podała prasa, co jednak nie wygląda na prawdę: trudno sobie wyobrazić, aby prawie zupełnie unieruchomiony przez chorobę stawów starzec brnął do okna i stawał na jego parapecie po to, by nakarmić gołębie.
W tym miejscu przychodzi na myśl nieco młodszy od wielkiego prozaika wielki czeski poeta Miroslav Holub (gołąb). W niecałe półtora roku po śmierci Hrabala „odleciał”, również przez okno, w Wieczność.

2003r

Kazimierz Mikulski, Zamieszkały na niebieKazimierz Mikulski, Zamieszkały na niebie

**) Odnosi się to do późnego, „łagodnego” Hrabala. Młody (i nieocenzurowany; przez siebie samego zresztą, ze względu na naciski) był drapieżny.
MK
Ilustracja zaczerpnięta z „Księgi dżungli” R.Kiplinga, obrazy Kazimierza Mikulskiego z sieci.

można przeczytać także TUTAJ

 

 

Z POLSKIM AZYMUTEM

 Cloth clip 1

   Karl-Markus Gauss, świetny austriacki eseista i reporter, znawca europejskich mniejszości narodowych, podróżnik po Europie i po historii, stworzył własny gatunek literacki, będący połączeniem reportażu i eseju, analizy politycznej, refleksji filozoficznej i wbudowanej w historyczną perspektywę opowieści, której język jest lekki, cięty i jednocześnie pełen ciepła – ciepła wobec słabszych, wobec ginących mniejszości narodowych Europy, wobec europejskich pariasów.

Polskiemu czytelnikowi Gauss znany jest z dwu książek: Psożercy ze Svini i Umierający Europejczycy, wydanych w ostatnich latach przez Wydawnictwo Czarne. Pod koniec stycznia Czarne opublikowało kolejną książkę tego autora, a mianowicie Europejski alfabet, którą można usytuować pomiędzy obcojęzycznymi rozmówkami a opowiastką filozoficzną. Gauss, jeżdżąc po Europie, z dużą wnikliwością przygląda się jej narodom oraz charakterystycznym dla europejskich nacji słowom, będącym esencją ich mentalności i specyficznych zachowań, a także słowom, można powiedzieć, paneuropejskim czy nawet ogólnoświatowym, jak na przykład dysydent, Bałkany, parytet. Ma po temu znakomite przygotowanie nie tylko w sensie erudycyjnym, ale i genetycznym – jego rodzina pochodziła z Wojwodiny, tygla wielu nacji, mieszkali tu bowiem Węgrzy, Serbowie, Niemcy, Słowacy. Jedna z babek Karla-Markusa Gaussa była Serbką, dziadek ze strony matki Słowakiem, ojciec natomiast był Niemcem, a brat ojca uznawał się za Węgra. „Tam [w Wojwodinie] nie zawsze ideologia decydowała o świadomości etnicznej, czasem przypadek” – mówił Gauss podczas swojego pobytu w Polsce w 2006 roku.

Rzecz jasna, przede wszystkim odszukałam w spisie treści odniesienia do języka polskiego i, co specjalnie nie zaskakuje, znalazłam rozprawkę na temat naszego narodowego wulgaryzmu, którego nie ma co tutaj przytaczać, albowiem słowo to jest powszechnie znane, nawet wśród najszacowniejszych obywateli; ba, swego czasu stało się ono słowem „parlamentarnym”, żeby wspomnieć słynne pytanie marszałka sejmu Józefa Zycha: „Gdzie jest, ku…, ta laska?”.

Kiedy wiele lat temu po miesięcznej nieobecności w kraju nostalgia, a przede wszystkim brak polskiej mowy dokuczały mi już bardzo, pierwszym polskim słowem, które usłyszałam na peronie w Katowicach, wysiadłszy z międzynarodowego pociągu, była rzucona przez kogoś w tłoku „ku…”. Proszę mi wierzyć, był to wówczas miód dla moich uszu, pomyślałam z ulgą: „Polska, wreszcie Polska i język polski”. Dzisiaj słowo to nie jest już przypisane do polskiego terytorium i obcokrajowiec wybierający się do nas a używający „ku…” jako azymutu, może wylądować na przykład w Dublinie lub Londynie: po Internecie krąży zabawny filmik, w którym kierowca samochodu jadącego ulicami brytyjskiej stolicy rozmawia z kimś przez komórkę po angielsku i co chwilę wtrąca znajome nam słowo…

Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że w Alfabecie znajdę inne charakterystyczne dla nas wyrażenia, na przykład hasło „ciemnogród” i uczciwe, z dystansu cudzoziemca, przenicowanie tego słowa, bo przecież w „ciemnogrodzie” (i w tym: „Wstydzę się za Polskę”, niejednokrotnie deklarowanym przez ludzi, którzy liznęli zagranicy), a więc w „ciemnogrodzie”, który jest określeniem kołtuństwa, nietolerancji i ograniczonych horyzontów jest jednocześnie pogarda, którą Polacy bardziej lub mniej świadomie żywią wobec samych siebie. Sygnalizuje to stopień spustoszenia kulturalnego i duchowego, które pozostawił po sobie poprzedni reżim w swojej „polskiej kolonii”.

         Pozostając przy słowach żywo dotyczących Polski, które znalazły się w „europejskim słowniku” jako pojęcia międzynarodowe, zwróćmy uwagę na określenie „dysydent” przyciągające uwagę czytelnika. Słowo to pojawiło się po raz pierwszy w uchwale konfederacji warszawskiej z roku 1573 – pisze Gauss – gdzie „Pax dissidentium”dotyczyło grupy chrześcijan, którzy mogli szukać swojego Boga i czcić go poza Kościołem katolickim. Później termin ten dotarł do Anglii i „dissenters” oznaczało wspólnotę ludzi, którzy chcieli żyć poza społeczeństwem, tworząc wielką rodzinę indywidualistów i nonkonformistów”. Najnowsze dzieje dysydentów rozegrały się na Wschodzie, w ZSSR i państwach satelickich. Po fazie heroicznej i latach niezłomnego oporu wobec dotkliwych szykan systemu niespodziewanie spadły na dysydentów krótkie miesiące, kiedy to mogli zastosować swoje idee w rzeczywistości i już nie analizować, przeciwstawiać się czy niszczyć upadającą władzę, ale tworzyć nową. Niektórzy dysydenci, zauważa Gauss, okazali zaskakujący talent i gotowość do pojednania się z nią – ma się rozumieć, nie z tą konkretną, wczorajszą, skorumpowaną, ale w pewnym sensie z samą zasadą władzy, z dobrą, błogosławioną, rzekomo skrojoną na miarę człowieka władzą, która dziś wykuwa się w ogniu żarliwych buntów, a już następnego dnia jest wystygła i twarda (…) Wszędzie, gdzie dysydenci weszli do kasty polityków, zaskakująco rzadko wyróżniają się w niej swoimi dawnymi cnotami, z reguły trudno jest ich zidentyfikować, podobni są do swych partyjnych towarzyszy jak dwie krople wody, tak samo głupi, tak samo sprytni jak oni.

     ciąg dalszy TUTAJ

Mira Kuś

 

JAK I PO CO CHRZĄSZCZ BRZMI W TRZCINIE?

 

 

Książeczka, o której chcę napisać, traktuje o „mowie” naszych mniejszych braci. Piszę „książeczka”, bo jest ona niezbyt duża, niezbyt gruba i niezbyt ciężka w podwójnym rozumieniu tego słowa. Skierowana jest do dorosłych, którzy pragną poszerzyć swoje horyzonty, i do nastoletnich „uczonych”. Zwracam uwagę na Mowę zwierząt, rozpoczynającą serię „Scientific American i Focus”, bo mam nadzieję, że ów pomysł wydawniczy wypełni lukę pomiędzy „ciężkimi”, mniej-popularno-więcej-naukowymi książkami a landrynkowymi powieściami dla młodzieży. Filozofujący dziesięciolatek o zacięciu przyrodniczym w księgarniach znajduje dla siebie niewiele. Owszem, takich nastolatków – z naszej winy – nie jest dużo, toteż chwalę tutaj inicjatywę wydawnictwa Prószyński i S-ka. Może chociażby odrobinę trudniej nam będzie stępić wrażliwość i ciekawość świata naszych dzieci?

Właściwie chyba dopiero wtedy, gdy obserwujemy zwierzęta, uderza nas ogromny wpływ ludzkiego języka na nasz sposób myślenia. W jakiej mierze (jeśli to w ogóle możliwe) jesteśmy w stanie pamiętać wydarzenia, które nastąpiły, zanim poznaliśmy słowa opisujące te wydarzenia? Nasza zdolność do symbolicznego ujmowania rzeczywistości w miarę nauki języka wzrasta tak szybko, że mamy skłonność do zapominania o różnicy między symbolem a rzeczywistością. Nasz język to my. Nic zatem dziwnego, że o porozumiewaniu się zwierząt myślimy w kategoriach języka ludzkiego.

Do czego może prowadzić tendencja uznawania naszego języka za najważniejszy, powie następująca historia. Był sobie koń o imieniu Hans i jego ambitny właściciel, który postanowił, że nauczy swego podopiecznego podstaw arytmetyki. Jak postanowił, tak i zrobił. Po pewnym czasie pojętny Hans potrafił odejmować liczby dwucyfrowe, grzebiąc przednią nogą tyle razy, ile wynosił wynik. Hans mylił się rzadko. Potrafił nawet odpowiadać na pytania osób postronnych, nie widząc swego trenera. Znalazło się jednak dwóch niedowiarków, którzy na jednym z pokazów przeprowadzili test, który miał „rozłożyć” konia. Treść zadania znali tylko dwaj testujący (chodziło o to, żeby ani trener, ani nikt z widzów nie mógł podpowiadać), no i koń. Hans, któremu jeden z przeprowadzających eksperyment mężczyzn wyszeptał polecenie do ucha, a następnie usunął się z pola widzenia, udzielił prawidłowej odpowiedzi! Kiedy jednak następnym razem szepczący postawił przed Hansem zadanie, którego treści nie znał nikt inny, nawet drugi testujący, koń, straciwszy z oczu (tak jak i poprzednio) mężczyznę zadającego pytanie, zaczął się mylić i „strzelać” na oślep, grzebiąc kopytem najdziwniejsze odpowiedzi.

Na czym polegała „tajemnica” Hansa? Koń, owszem, nauczył się rozumieć, ale nie ludzką mowę, lecz mowę ludzkiego ciała. Dotąd tupał nogą w odpowiedzi, dopóki język ciała trenera, ba, przypadkowego widza znającego odpowiedź, nie przekazał mu (w tym drugim wypadku – bezwiednie) informacji, że osiągnął właściwą liczbę tupnięć. Konia Hansa, mistrza nad mistrzami w rozumieniu języka ciała, ludzie nazwali „oszustem” (co mówiono o trenerze nie będę tutaj przytaczać). O, ludzka pycho! O, ludzki egocentryzmie!

    ciąg dalszy TUTAJ

Mira Kuś

 

  ALZHEIMER I OKOLICE

 

 

            Jeszcze do niedawna otępienie starcze przypisywano głównie miażdżycy naczyń krwionośnych w mózgu, czyli sklerozie. Tymczasem choroba, nazywana w skrócie CA, a opisana po raz pierwszy w 1906 r przez wrocławskiego lekarza Aloisa Alzheimera jest jedną z najczęstszych przyczyn załamania się funkcji psychicznych ludzi starszych i 70 proc. przypadków otępienia jest nią spowodowanych. Ryzyko zachorowania na CA wzrasta znacznie po 65. roku życia (wśród tej grupy wiekowej ok. 10 proc. ludzi choruje na CA) i rośnie wraz z wiekiem (powyżej 85. roku życia ok. 30 proc.), jednak po osiągnięciu 90. lat prawdopodobieństwo pojawienia się choroby Alzheimera znacznie spada. Pociecha to zaiste niewielka, bo i któż z nas dożywa takiego wieku? Zresztą, mówiąc pół żartem, pół serio, każdy z nas ma 100 procentową szansę umrzeć z powodu nowotworu, o ile będzie żyć wystarczająco długo. Czyli, jeśli nie kijem go, to pałką. Chociaż, biorąc pod uwagę najbliższą rodzinę chorego, z dwojga złego dużo gorsza jest choroba Alzheimera. I, jak pisze we „Wszechświecie” prof. Jerzy Vetulani, „Konieczność stałej opieki nad całkowicie niedołężnym chorym stanowi olbrzymi stres, zwłaszcza u rodzin uboższych, których nie stać na zapewnienie całodobowej opieki pielęgniarskiej. W rezultacie śmiertelność wśród rodzin chorych na chorobę Alzheimera jest przeciętnie wyższa niż śmiertelność bezpośrednich ofiar choroby”.

            W Polsce na Alzheimera choruje ponad 300 tys. osób, a na świecie ok. 15 mln. Wraz ze starzeniem się społeczeństw choroba CA zaczyna stanowić coraz poważniejszy problem nie tylko medyczny, ale również społeczny. A społeczeństwo polskie wg definicji Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) jest już nawet nie stare, lecz bardzo stare (16 proc. populacji stanowią osoby powyżej 60. roku życia).

            Wczesnym objawem choroby Alzheimera jest utrata pamięci świeżej. Później pojawiają się kłopoty z wydobywaniem z zasobów pamięci tkwiących tam głęboko informacji, dotyczących np. imion, nazw, adresów, tytułów książek, wyglądu twarzy. Następny etap, to niezdolność do wykonywania czynności celowych i dezorientacja przestrzenna. Deficyty pamięci budzą u chorego lęk, który przechodzi w depresję, ta zaś w końcu przeistacza się w psychozę przy jednoczesnym zaawansowanym zniedołężnieniu fizycznym organizmu. Choroba Alzheimera trwa około 5-10 lat od chwili pojawienia się jej pierwszych objawów i kończy się śmiercią pacjenta zdegradowanego umysłowo i fizycznie.

            Uczeni od lat zmagają się z tym tragicznym schorzeniem, próbując poznać jego naturę oraz szukając sposobów leczenia i zapobiegania. Odkryto m.in., że mutacje (zniekształcenia) genów na chromosomach 1, 14, i 21 odpowiadają za rzadkie przypadki zachorowania na CA w wieku średnim, posiadanie natomiast genu kodującego białko, które zajmuje się transportem cholesterolu na chromosomie 19 zwiększa ryzyko zachorowania po sześćdziesiątce. Niemniej 50 proc. osób, u których występują powyższe geny ryzyka nie zapada na chorobę Alzheimera. Ponadto posiadanie któregoś z tych genów nie tłumaczy przyczyn najczęściej odnotowywanej odmiany CA. Zagadkę tę wyjaśniła grupa naukowców z Akademii Medycznej Harvarda w Bostonie i opublikowała w „Nature Genetics” w połowie 98 roku doniesienie informujące o wykryciu u 100 rodzin osób chorych na CA zmutowanego genu na 12 chromosomie. Posiadanie tego genu czterokrotnie zwiększa ryzyko zachorowania. Wykryty gen jest odpowiedzialny za gromadzenie się w neuronach i na ich zewnętrznej stronie patologicznego, neurotoksycznego białka, tzw. beta- amyloidu. W ten sposób zaistniały obok siebie dwie teorie powstawania CA.

ciąg dalszy w :Dziennik Polski, 16.lipca 1999

Mira Kuś

 

CHEMIA ZAUROCZENIA

Przyspieszony oddech, rumieniec, uczucie błogości, wszystko to zawdzięczamy „narkotykom” produkowanym przez nasz organizm

stryjenska_99Zofia Stryjeńska

Nadeszła wiosna i chociaż „okres godowy” człowieka trwa cały rok, to właśnie wiosną doping natury jest wystarczająco duży, by poczuć „burzenie się krwi” i wzmożoną tęsknotę za aktywniejszym życiem oraz nowymi doznaniami, może nawet zakochaniem się, a żeby było bardziej romantycznie – od pierwszego wejrzenia.

Kiedyś uważano, że siedliskiem miłosnych uczuć jest serce, chociaż tu i ówdzie lokowano je w wątrobie. Dzisiaj wiemy, że za miłosne burze odpowiedzialny jest mózg i produkowane przez niego substancje chemiczne, a namiętne uczucie stanowi rodzaj narkotykowego oszołomienia. Nie wszyscy ulegają mu jednakowo łatwo, tak jak nie wszyscy są jednakowo podatni na narkotyk i skłonni do uzależnień.

Abyśmy mogli popaść w miłosną euforię, najpierw musi w nas coś „zaiskrzyć” czy nawet „razić nas gromem z jasnego nieba”. Na ten ostatni przypadek, przypadek miłości od pierwszego wejrzenia, nie ma mocnych. Jest to prawda stara jak świat i pisał o niej Owidiusz „W sztuce kochania”. W uczucie takie, które spada na nas nagłym pożarem zmysłów, wikłamy się szalenie i bezrozumnie, nawet jeśli nie jest ono całkowicie odwzajemnione. Co wywołuje w nas „zaiskrzenie” czy też poczucie „rażenia gromem”? Czy jest to uroda, wdzięk, powab, ładna sylwetka, ujmujący uśmiech, psychiczne ciepło, a może poczucie humoru i inteligencja zauważalna już w pierwszych wypowiedzianych zdaniach? I tu spotyka nas pierwsze wielkie rozczarowanie. Jak wyjaśnia nauka, ów poryw serca, owo pierwsze serdeczne drgnienie ma miejsce… w nosie. Otóż w nosie znajduje się – u zwierząt w formie wyraźnie wykształconej, u człowieka zaś w formie szczątkowej (ale, jak wykazały badania z ostatnich lat, pracujący sprawnie) – narząd lemieszowo-nosowy nazywany w skrócie NLN. Jest on bardzo czuły na „zapachy” specjalnego rodzaju, i to na minimalne ich stężenia, tzw. feromony.

Można powiedzieć, że NLN wyczuwa nie zapach, lecz budowę chemiczną feromonów, które – jak się uważa – są bezwonnymi substancjami chemicznymi wydzielanymi przez ciało. „Zwykłe” zapachy, doświadczane przez nas codziennie, odbieramy za pomocą narządu węchu umiejscowionego w naszym nosie głęboko, u jego nasady, NLN natomiast znajduje się blisko nozdrzy i z organem węchu oraz zapachami nie ma nic wspólnego. Komórki receptorowe NLN wychwytują feromony i przekazują informację do układu limbicznego (podwzgórze, ciało migdałowate, przegroda i hipokamp), który kontroluje czynności popędowo-emocjonalne, np. uczucie głodu lub popędu płciowego. Przypuszcza się, że feromony człowieka są steroidami, związkami chemicznymi, które pochodzą od męskiego i żeńskiego hormonu płciowego: testosteronu i estrogenu.

Oprócz feromonów gatunkowych istnieją także feromony osobnicze, przypisane do konkretnego osobnika. I to one właśnie powodują, że nagle czujemy, iż zostaliśmy ugodzeni strzałą Amora. Romantyczne ideały, zdrowy rozsądek, a nawet, w pewnej mierze, gust i poczucie estetyki idą w kąt – we władzy odpowiedniego rodzaju feromonów stajemy się ślepi i głusi. Zauroczeni.

W świecie zwierzęcym feromony, czyli substancje przekazujące sygnały chemiczne, są wszechobecne. Wyodrębniono feromony różnego rodzaju, jak płciowe, obronne, alarmu, śladu, znaczące terytorium i inne. Ba, tego typu substancje wykryto także w świecie roślin. Jeśli idzie o człowieka, to badacze wciąż zajmują się rozpracowaniem jego feromonów oraz funkcją narządu nosowo-lemieszowego, nazywanego też popularnie szóstym zmysłem. W ostatnich latach zauważono między innymi, że w pocie ludzkim z okolic pachowych znajduje się coś, zapewne feromon, co powoduje, że pod jego wpływem kobieta, mając wielu panów do wyboru, lgnie do partnera z zestawem genów możliwie różnym od jej genomu.

Sprawdzano to, dając do powąchania grupie pań parę przepoconych męskich podkoszulków. Okazało się, że „po węchu” kobiety wybierały tych samych partnerów, co i na pierwszy rzut oka, w dodatku partnerów genetycznie od nich odległych, co jest podstawowym warunkiem do spłodzenia zdrowego potomstwa. Te zadziwiające substancje działają również na osoby tej samej płci – stwierdzono, że kobiecy pot z okolic pachowych z zawartym w nich ewentualnym feromonem może zaburzyć cykl menstruacyjny innych kobiet, znajdujących się w pobliżu. Badanie wykonane przez Marthę McClintock z uniwersytetu w Chicago wyglądało następująco: od jednej z kobiet, które dla celów doświadczalnych zgodziły się razem zamieszkać, pobrano pot z okolic pachowych. Następnie usunięto z niego wszystkie składniki zapachowe. Otrzymany w ten sposób bezwonny i bezbarwny płyn badacze wcierali w górną wargę pozostałym kobietom. Po kilku miesiącach okazało się, że cykle menstruacyjne tych kobiet zostały zsynchronizowane. Podtekst tego „posunięcia” natury jest jasny: jeśli jakaś osobniczka w moim pobliżu ma owulację, to należy ją „wykosić” i samej wykorzystać szansę na złowienie reproduktora i współopiekuna mojego potomstwa…

Obecność mężczyzn także wpływa na cykl menstruacyjny kobiet – tym razem oczyszczony pot z dołów pachowych mężczyzn wcierano w górną wargę kobiet o nieregularnym cyklu menstruacyjnym. Wielokrotne powtórzenie zabiegu spowodowało normalizację cyklu, prawdopodobnie poprzez wywołanie owulacji w regularnych odstępach czasu. Te i inne badania wskazują na wydzielanie przez człowieka feromonów, chociaż jak dotąd nie udało się ich, w przeciwieństwie do zwierzęcych, wyizolować. Może to i lepiej… no bo proszę sobie wyobrazić, że ktoś złośliwie skrapia niesympatycznego polityka feromonem, na który „lecisz”…

Co dzieje się dalej, kiedy już pierwszy „poryw nosa” mamy za sobą i owładnęła nami miłość? Pojawia się uczucie euforii, lekkości i dużego przypływu energii. Doznania te wywołuje podwyższony poziom stężenia paru substancji znajdujących się w naszym mózgu. Część z nich to neurotransmitery, nazywane tak, ponieważ za ich pomocą są przekazywane sygnały nerwowe.

Substancje te to: dopamina, noradrenalina i serotonina. Ponadto w grę wchodzą endogenne, tzn. produkowane przez organizm, opioidy, czyli substancje działające podobnie do morfiny, a także pojawia się produkowana przez organizm w niektórych stanach emocjonalnych, przede wszystkim związanych z tak silnym uczuciem, jakim jest miłość, fenyloetyloamina (tzw. Pea). Jest to substancja chemicznie podobna do amfetaminy i wywołuje podobne do amfetaminy reakcje organizmu: przyspieszenie oddechu, rumieniec, uczucie błogości, zadowolenie i radość. Pod wpływem Pea człowiek zapomina o głodzie, zmęczeniu i śnie.

Nawiasem mówiąc, fenyloetyloaminę zawiera czekolada, niestety, w ilościach tak mizernych, że wcześniej wywoła u nas zaparcie (bo kakao ma taką właściwość) niż uczucie euforii i lekkości, nie mówiąc już o nadwadze. Noradrenalina jest tym neurotransmiterem, który odpowiada za pobudzenie całego organizmu, zwłaszcza mózgu i steruje podstawowymi uczuciami: uciekaj lub walcz. Jest to funkcja związana z naszą prehistorią, kiedy człowiek dla zachowania życia zdobywał pożywienie, polując na dzikie zwierzęta. W sytuacji zagrożenia następuje m.in. zwiększenie poziomu noradrenaliny w mózgu, o czym popularnie mówimy, że „skoczyła nam adrenalina”. W rezultacie tego „skoku” nasze ciało ulega pobudzeniu – wzrasta napięcie mięśni, zaczynamy się pocić, a źrenice ulegają rozszerzeniu, innymi słowy następuje przygotowanie organizmu do walki lub (po ocenie sytuacji) do ucieczki. W takiej samej mobilizacji znajduje się nasz organizm po celnym strzale Amora. Jeśli ofierze bożka miłości udaje się zapanować nad drżeniem ciała i ukryć spocone dłonie, niechybnie zdradzą ją rozszerzone źrenice. Oczywiście, o ile nie jest to skutek zażycia narkotyku lub wynik wizyty u okulisty. Dopamina, związana z tzw. układem nagrody w mózgu, jest tą substancją, która podpowiada i przypomina o tym, co kiedyś sprawiało nam przyjemność. Tym samym nakłania nas do powtórzeń; i to niekoniecznie miłosnych uniesień, ale również do ponownego odwiedzenia miejsc, w których czuliśmy się dobrze, zagadania do ludzi, o których pamiętamy, że byli sympatyczni, wstąpienia do restauracji, w której zupa była gorąca i nie przesolona, a mielony nie pochodził z recyklingu…

Oprócz wymienionych wyżej naturalnych środków nagradzających, tj. sprawiających nam przyjemność, a więc oprócz pożywienia, napoju, uprawiania seksu, są jeszcze środki sztuczne, takie jak narkotyki oraz alkohol. I to dopamina właśnie jest tym motorem napędowym, który skłania do ponownego sięgnięcia po narkotyk lub alkohol przez ciągłe przypominanie, że ich użycie łączyło się, przynajmniej w fazie początkowej, euforycznej, z przyjemnością.

Inny neurotransmiter, serotonina, również bierze udział w procesach zakochiwania i odkochiwania się. Odpowiada ona bowiem za nasz aktualny nastrój, emocje, regulację snu i apetytu, za różnego rodzaju zachowania spontaniczne i seksualne, a także za pociąg do alkoholu i narkotyków.

Reasumując – podwyższony poziom dopaminy i serotoniny w mózgu powoduje generalnie nasze dobre samopoczucie. Jeśli dołączymy do tego działanie Pea, możemy powiedzieć, że jesteśmy na okrągło na miłosnym „haju”. Taka jest chemiczna dramaturgia miłosnego zauroczenia w mózgu zakochanej osoby.

Mogłoby się wydawać, że niemal identyczny stan można osiągnąć po alkoholu lub narkotykach. Nic bardziej błędnego. Wprawdzie kokaina, morfina, amfetamina i inne podwyższają poziom stężenia neuroprzekaźników w centralnym systemie nerwowym, ale tylko w krótkim czasie po ich zażyciu. Po okresie euforycznym następuje okres dysforii, w którym delikwent czuje się fatalnie. Mało tego, jeśli idzie o zachowania seksualne, to nawet w chwilach wzmożonego dobrego samopoczucia, miłosne uniesienia pozostają jedynie w sferze pobożnych życzeń – „chcieć” ma zerowe przełożenie, jak się dzisiaj mawia, na „móc”.

Niemniej, przeżywanie miłosnych szaleństw przypomina poniekąd oddanie się we władzę narkotyku, bo, oprócz uczucia swoistego odurzenia, organizm się uzależnia zarówno od narkotyku, jak i od przeżyć seksualnych. Uzależnienie zaś powoduje wzrost tolerancji na podwyższone stężenie neurotransmiterów i endogennych opioidów. W przedziale czasowym od 6 miesięcy do 3 lat szalona miłość się wypala. Dzieje się bowiem podobnie jak przy braniu narkotyków czy niektórych leków, kiedy to z biegiem czasu dla uzyskania tego samego efektu musimy dostarczać organizmowi wciąż więcej substancji wywołującej ten efekt – narkoman stale zwiększa „działki”, osoba uzależniona od np. środków przeciwbólowych sukcesywnie dorzuca dodatkową tabletkę do swojej dziennej racji. A ponieważ w przypadku miłości nie ma sposobu na ciągłe zwiększanie poziomu stężeń substancji mózgowych odpowiedzialnych za stany euforyczne, uczucia powszednieją, miłość wygasa. No, chyba że wzorem narko- lub lekomana zdecydujemy się na zmianę „tabletek”. W podjęciu tego kroku ma swój udział również dopamina, domagająca się dawnych płomiennych doznań. Ci, którzy ulegają jej „podszeptom”, zmieniają partnerów i w ten sposób zapewniają sobie dopływ świeżych bodźców. Bywa że osoby tego rodzaju przez dużą część życia skaczą z kwiatka na kwiatek, dopóki słuszny wiek i wyczerpanie hormonalne nie usadzi ich w jednym miejscu. Nawiasem mówiąc, w 80. roku życia poziom testosteronu u mężczyzn jest o połowę niższy, a trzeba dodać, że spadek stężenia hormonu nie jest zjawiskiem nagłym, lecz odbywa się sukcesywnie, latami. Człowiek, no trudno, nie jest z natury monogamiczny, ale przecież ma jakiś rozum. Przez ten rozum właśnie, przez przyjaźń, przywiązanie, przez poczucie odpowiedzialności stara się oprzeć dopaminie i układowi nagrody. Zdaje się, że w niektórych okresach życia rodzinnego (pojawienie się potomstwa) pomagają mu w tym dwa hormony produkowane w podwzgórzu: wazopresyna i oksytocyna.

Stosunek stężeń tychże hormonów, co wykazano u niektórych ssaków, decyduje o ich poli- lub mono- gamiczności. Pomocne w zachowaniu ludzkiego stadła mogą być również afrodyzjaki, które powodują wzmożenie pożądania seksualnego, w tym wypadku do osoby, na którą reagujemy wzrostem tolerancji. Afrodyzjaków, od niepamiętnych czasów, ludzkość zna multum: poczynając od nasion słonecznika czy dyni, poprzez kwiaty kasztanowca, czosnek (swoją drogą chyba dla cierpiących na chroniczny katar), chrzan, cynamon, imbir, ostrygi, mięso osła z miodem, sproszkowane genitalia niedźwiedzia, włosy spod pachy lub łonowe itp., itd. a na sproszkowanych rogach jelenia (!) kończąc. O syntetykach u progu wiosny aż hadko wspominać. W zamian powiedzmy o odrobinie wiosennej magii, o wywarze z lubczyka w noc księżycową sporządzanym, o zapachu świeżych róż (w ich płatkach zawarta jest Pea, która ulatnia się wraz z substancjami zapachowymi, pobudzając nasz mózg), o maciejce i macierzance ciepłą nocą w ogródku tuż pod uchylonym oknem, o…

 

Mira Kuś

Artykuł także w: Dziennik Polski, 29 III 2003

Comments are closed.

error: Content is protected !!