Afrodyzjak

Zanim zapłoną nasze biblioteki

 

Pies_kudlaty-Kopia1
  Co jest sexy

Niewiele rzeczy irytuje mnie tak, jak książka (popularno)naukowa, która między wierszami przemyca ideologię i manipuluje czytelnikiem. Jeśli dodać, że książka jest przy tym merytorycznie nierzetelna, rozmija się z faktami historycznymi i w gruncie rzeczy ukazuje niefrasobliwość i brak odpowiedzialności autora (uważającego się za uczonego), można sobie wyobrazić, że płachta na byka to pestka przy takim bodźcu.

Bo działalność naukowa powinna być dążeniem do prawdy, a nie „urabianiem” szukającego wiedzy czytelnika na czyjąś ideologiczną modłę, w dodatku poprzez uwiarygodnianie swych niecnych zamiarów obiektywizmem nauk ścisłych i nazwiskami wybitnych uczonych w tej dziedzinie.

Notka na frontowej okładce książki będąca cytatem z recenzji w „The Times Magazine” oznajmia, iż dzięki autorowi „fizyka stała się sexy”. Ma to być, jak rozumiem, zachętą do kupna niepopularnego obecnie towaru, tj. książki, zwłaszcza książki dotyczącej nauki. Wszyscy przecież wiedzą, że nic tak nie pobudza intelektualnie jak roznegliżowana modelka na masce volkswagena… Niemniej, jakby temu przecząc (książka w ogóle jest pełna sprzeczności), wydawca umieszcza obok wyżej cytowanego sloganu tytuł publikacji: „Rzeczywistość nie jest tym, czym się wydaje”. I, o ironio, te dwa zdania w sumie dają prawidłowy wniosek: książka zawiera wiele nieścisłości, fałszywych „faktów” i „objaśnień” historycznych, które zaciemniają prawdę. Właściwie na przeczytaniu tytułu, który jest niewątpliwie słuszną konstatacją, można by zakończyć lekturę. Ale że nie można czegoś krytykować nie rozeznawszy wpierw z czym mamy do czynienia, przedarłam się przez pierwszy rozdział. Nagłówek był bardzo zachęcający, bo obiecywał opowieść o nauce w starożytnej Grecji (mam dużą słabość do antyku), ale –wiadomo— rzeczywistość nie jest tym, co… itd. W krótkim więc czasie sexy okazało się powyciąganym barchanem: gwiezdne stringi stały się starymi, międzygalaktycznymi majtasami z przetartymi czarnymi dziurami.

Otóż

— nie można mieszać różnych okresów starożytności i stawiać w jednym rzędzie Demokryta z Miletu i np. Sokratesa czy Arystotelesa, twierdząc przy tym w dodatku, że gdyby zaginęły wszystkie dzieła tego ostatniego, a zachowały się prace Demokryta, który (w przeciwieństwie do „hamulcowych” nauki, takich jak Sokrates, Platon itd.) stosował „podejście krytyczne” (brr, szkoła neokomunistów frankfurckich!), to „historia intelektualna naszej cywilizacji potoczyłaby się lepiej…”

Dla jasności dodam, w wielkim skrócie: Filozofia jako nauka zrodziła się w Jonii. Były to podstawy filozofii przyrody, czyli interesowano się tym z czego zbudowany jest otaczający nas świat i jak działa. Drugi okres rozwoju filozofii, to epoka przedsokratejska, będąca kontynuacją nauki jońskiej; tutaj pojawia się Demokryt z Abdery, który osiedlił się w Jonii, w Milecie, i tam pracował. Wreszcie okres trzeci, to okres sokratejski, klasyczny (Sokrates, Platon, Arystoteles) z ośrodkiem w Atenach, kiedy to naturalną koleją rzeczy filozofia, jako już wyraźnie zaawansowana, staje się nauką bardziej wysublimowaną, pojawiają się abstrakcyjne koncepcje filozoficzne (abstrakcja jest niepojęta dla prościutkiego umysłu), pojawia się zatem i meta-fizyka.

Są to jak widać różne szczeble nauki i różne płaszczyzny, co nie pozwala brutalnie zestawiać rozumowania wyżej wymienionych filozofów i wyrokować „(…) myśli [Demokryta-przyp. mój] miały charakter wybitnie humanistyczny [tzn. jaki?], racjonalistyczny i materialistyczny. Demokryt łączył ze sobą z jednej strony kwestie dotyczące przyrody, przedstawione z naturalistyczną jasnością [?], w której odrzucono wszelkie systemy mitologiczne, z drugiej zaś zagadnienia humanistyczne i głęboko etyczne podejście do życia, wyprzedzające o jakieś dwa tysiące lat najwspanialsze idee osiemnastowiecznego oświecenia. [!] (…) Platon i Arystoteles znali idee Demokryta i zwalczali je, czyniąc to w imię innych idei [idea przeciw idei- i to jest zarzut wobec Platona i Sokratesa?] (…) i usiłowali pojąć świat albo (…) uważając, że wszystko, co się dzieje ma swój cel [Przyczyna i skutek- czy to jest wg autora głupie?] (…), albo w kategoriach dobra i zła (…)”. I dalej: „Triumfujące chrześcijaństwo mogło tolerować Platona i Arystotelesa – pogan, którzy wierzyli w nieśmiertelność duszy i Pierwszą Przyczynę – ale nie Demokryta. (…) Lukrecjusz przekazał wierszem idee Epikura oraz atomizm Demokryta i w ten sposób ocalono część tej głębokiej filozofii przed intelektualną katastrofą wieków średnich” [?!]

Tu autor dozuje nieco astronomii, aby całkowicie nie zatruć czytelnika i po chwili znowu dawaaj:

„W tym czasie [I wiek p.Ch.] nauka zaczynała chylić się ku upadkowi, później zaś całkowicie zanikła, co spowodowane było rozpadem świata hellenistycznego, a następnie chrystianizacją cesarstwa. (…) Po upadku starożytnej nauki nikt w obszarze basenu Morza Śródziemnego nie był w stanie zrozumieć Ptolemeusza (…) [Kilkadziesiąt lat po Chrystusie, a Jego i uczniów nauczanie (apostołowie to prości ludzie, nie mający wówczas społecznego znaczenia) zdążyło zniszczyć cały, wielki dorobek naukowy wielu wieków? I to w czasach, gdy tzw. komunikacja międzyludzka odbywała się w żółwim tempie, a odległości nie zawsze były do pokonania? W I w.p.Ch. chrześcijaństwo nie triumfowało, ale było zaciekle tępione]. Jednak w Indiach, dokąd dzięki bogatej wymianie handlowej i kulturalnej dotarła nauka grecka, księgi te studiowano i rozumiano. Z Indii wiedza ta powróciła na Zachód za pośrednictwem wykształconych Persów i Arabów (…)”. [ Znowu czasowy „groch z kapustą”. Nic o wcześniejszym najeździe Hunów na cesarstwo rzymskie, nic o zabójczej dla Rzymu migracji plemion germańskich – „barbarzyńców”, które to plemiona znalazły w Cesarstwie Rzymskim przychylność i schronienie przed Hunami; nic o buntach tych plemion, niedopasowanych do znacznie wyższej, rzymskiej kultury i niedopasowanych do klimatu, co w sumie doprowadziło do upadku Cesarstwa w 476 r.p.Ch. i zniszczenia jego kultury i nauki. Arabowie najechali Indie (i przejęli „arabski” zapis cyfrowy) ok. VII w.p.Ch., rozprzestrzenili go zaś w Europie w okresie tak deprecjonowanego przez autora „ciemnego” Średniowiecza, po podbiciu europejskich krajów basenu Morza Śródziemnego].

I tak „w koło Macieju”. Oszołomiony czytelnik gotów jest uwierzyć, że Bogu ducha winnemu Demokrytowi, którego tak uczepił się autor książki, Carlo Rovelli, nie chodziło o dążenie do prawdy, ale o „zrozumienie świata poprzez dyskusję”, co wg Rovellego, jak można wywnioskować z lektury, jest najwyższą powinnością uczonego. „Przez dyskusję”, profesorze Rovelli, to można najwyżej „objaśnić” kto spoza załogi samolotu wszedł do kokpitu…

Nie wspominam już o wypisywaniu nieścisłości o Koperniku czy o nieznajomości prac polskiego największego fizyka, Mariana Smoluchowskiego. Einsteina profesor Rovelli zna, zapewne dlatego, że był on, jak autor uporczywie podkreśla, otwartym „obywatelem świata”. A kim miał być, skoro musiał uciekać przed nazizmem ze swojego niemieckiego domu?
W końcu wyżej wymienione kiksy to drobnostka (ale: gdzie rzetelność uczonego?) w porównaniu z frankfurcką dewiacją umysłową i brakami w wykształceniu humanistycznym… Po pierwszym rozdziale myślący czytelnik traci nadzieję na znalezienie czegoś sensownego na dalszych stronicach, niemniej, w tematach ściśle matematyczno-fizycznych autor potrafi, o dziwo!, mieć lekkie pióro i umie zrozumiale przybliżyć niektóre trudniejsze zagadnienia. Ale to za mało –kładąc na drugiej szali wagi spustoszenie umysłowe wywołane lekturą u prostodusznego czytelnika— aby komukolwiek polecić tę książkę.

SYMPOZJUM

Większością głosów uchwalono że Wszechświat nie rozszerza się
ani nie wzrasta entropia
(tym sposobem została zażegnana teoria
śmierci cieplnej naszego Świata)
wytoczono dwadzieścia jeden argumentów za
i dwadzieścia jeden argumentów przeciw
spór trwał sześć dni i sześć nocy
w kuluarach skakano sobie do oczu
kwitł handel wymienny oko za oko ząb za ząb
w końcu dla dobra naszego rodzaju uchwalono jak wyżej
tumult podniosła opozycja
wykrzykiwano fałszywe wzory i sprzeczne w sobie twierdzenia
rzucano nadpsutymi teoriami
chaos powiększał się niebezpiecznie
mając na względzie dobro ludzkości uchwalono
fałszywość powyższego twierdzenie

1976r.

wiersz z tomu: Mira Kuś, Gdzieś jest ta oaza

*

(Z serii „Popularyzacja nauki”; poprzedni:Szczyptę soli)

This entry was posted in notki o literaturze i literatach, Popularyzacja nauki, wiersze and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

Comments are closed.